niedziela, 13 listopada 2016

Wyciszona: VI

Tak bardzo nie mam czasu na cokolwiek, że to nieprzyzwoite. Ech.

____________
Kończył jeść zimny obiad, kiedy jego pomocnik – nie wiedział, jak miał na imię, przestał nawet martwić się tym, że go nie pamiętał, bo wyciszony nie zwracał na to uwagi – był w połowie układania książek na regale. Wyciszony chłopak w swoich działaniach był bardzo wolny, Cullen powiedziałby nawet, że flegmatyczny. Momentami strasznie tęsknił za Telyn, już nawet nie dlatego, że ją polubił. Zwyczajnie bardziej mu się przydawała. I wolał sposób, w jaki wprowadzała porządek, bo był zaskakująco podobny do tego, który sam praktykował – o ile samemu udawało mu się do czegoś takiego doprowadzić.
Jego biurko kolejny raz było niemal niewidoczne spod sterty papierów, ale twardo udawał, że nadal miał wszystko pod kontrolą. Nie mógł przecież pokazać słabości. Co powiedzieliby żołnierze? Może powinien porozmawiać z Kasandrą? Nie, bóle były znośne. Musiał po prostu bardziej skupić się na pracy.
— Odnieś do kuchni — polecił, wskazując na naczynia po skończonym obiedzie.
Wyciszony spojrzał na niego nieco zagubionym spojrzeniem, jakby nie wiedział, czy da radę jednocześnie odnieść miskę do kuchni i nadal ustawiać książki na regale. Komendant westchnął ciężko.
— Później skończysz porządkować książki — mruknął zrezygnowany, sięgając po kolejny raport, gdy rozległo się pukanie. — Wejść — nakazał, wpatrując się w drzwi.
Zmarszczył czoło i mocniej zacisnął szczękę, gdy w progu zobaczył Evelyn. Cóż, zdecydowanie nie był na to przygotowany. Bał się tego, co mogło nadejść. Liczył na to, że Inkwizytorka długo nie zaszczyci go swoją obecnością.
— Cullenie — mruknęła czule, spoglądając na bałagan panujący na biurku. — Nie radzisz sobie, prawda? — zapytała zmartwiona, zakładając ręce na piersi; nie odpowiadał, więc ponowiła pytanie: — Prawda?
Westchnął ciężko, przeczesując włosy dłonią.
— Prawda — przyznał zrezygnowany.
Evelyn pokręciła głową, podeszła do biurka i przesunęła kilka i tak pomieszanych dokumentów, by przysiąść na blacie.
— Kiedy pracowałeś z Telyn, był tu większy porządek — zauważyła, ogarniając spojrzeniem pomieszczenie.
— To też prawda — zgodził się niechętnie.
— Będziesz chciał pracować z nią nadal, jeśli wróci? — zapytała nagle.
Cullen zamrugał szybko, nie rozumiejąc tego, o co pytała.
— Co to znaczy „jeśli wróci”?
Zimna pętla ścisnęła jego gardło. Faktycznie ostatnio nieco niepokoiło go to, że nie widywał jej, gdy o stałej porze powinna wybrać się na obiad, ale zawsze uspokajał się tym, że pewnie kolejny raz zmieniła nawyki.
— Och — zakłopotała się Evelyn. — Widzisz, bałam się, że mógłbyś żywić do Telyn niezdrowe uczucia — mruknęła. — Nie zrozum mnie źle. Nie chciałam, żebyś pozwolił się skrzywdzić — dodała pospiesznie, widząc, jak jego na jego twarz wstąpił grymas złości. — Ale teraz, kiedy się do siebie zbliżyliśmy, zrozumiałam, że się myliłam w swych osądach — powiedziała ciszej, sięgając do jego policzka, by pogłaskać go lekko. — Przepraszam, Cullenie. Wiem, że wyciszonego można polubić. Chciałam dobrze.
— Evelyn, nie możesz… — urwał nagle, nie wiedząc, czy był sens tłumaczenia jej tego kolejny raz. — Wiem, że chciałaś dobrze — uległ w końcu.
— Każę ją do ciebie przywrócić, kiedy tylko wrócą — zapewniła ze skruchą.
Jeśli wrócą — przypomniał jej gorzko. — Gdzie tak właściwie ją wysłałaś?
— Do szczeliny przy farmach na Zaziemiu — poinformowała cicho.
— Do tej, której nie byłaś w stanie zamknąć, bo było przy niej zbyt wiele demonów?! — wyrzucił, przypominając sobie raport. — Posłałaś ją na śmierć — warknął, odtrącając jej dłoń. — Po prostu w to nie wierzę.
— Cullen — mruknęła miękko, starając się go uspokoić.
— Wyjdź. Chcę być sam. Telyn ma wrócić — zażądał. — Ten wyciszony…
— Travis — wtrąciła się.
— Wszystko jedno — warknął. — Ma zniknąć. Nie da się z nim pracować.
Jego asystent nie wrócił już do końca dnia, za co Cullen był niesamowicie wdzięczny. Tym bardziej, że zapowiadało się na kolejną noc w towarzystwie męczących koszmarów oraz nawiedzającej go przeszłości. Zatrzasnął drzwi, ryglując je od wewnątrz, by nikt mu nie przeszkadzał. Może zdoła upić się na tyle, by nie być w stanie sięgnąć po lyrium.
Tak, ten pomysł zdecydowanie wydawał się warty wypróbowania.

Telyn nerwowo oblizała wargi, stojąc przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu komendanta. Z trudem opanowała nerwy, kiedy Inkwizytor Trevelyan wyszła im na powitanie, by poinformować ją o tym, że koniecznie musiała wrócić do pracy z Cullenem. Na szczęście sama była tak zdenerwowana, że najwyraźniej nie zauważyła głupiej miny, jaką zrobiła elfka i po prostu odeszła, zostawiając ją z tą informacją.
Jej towarzysze wymienili tylko porozumiewawcze spojrzenia, nie komentując sytuacji. Jedynie Varrik kazał się jej wyspać przed powrotem do pracy, a Kasandra wspomniała, że to do niej należał wybór, czy ujawni się przed Cullenem czy też nie. Pół nocy nie spała, zastanawiając się nad tym, co powinna zrobić. Ostatecznie zdecydowała, że przez jakiś czas i przed nim będzie udawać. Ujawnienie się po pewnym czasie wydawało się jej rozsądną opcją.
Zapukała krótko.
— Won! — usłyszała zachrypnięty głos mężczyzny i natychmiast zalała ją fala niepokoju.
— Komendancie Rutherford? — zapytała najbardziej obojętnym głosem, jakim tylko była w stanie.
Po tym pytaniu usłyszała szuranie, kilka krótkich szmerów, później coś przewróciło się z głuchym hukiem, a ostatecznie rygiel w drzwiach szczęknął cicho, odblokowując je natychmiast. Cullen otworzył jej drzwi, ale stał w przejściu, wpatrując się w nią tak, jakby właśnie zobaczył ducha.
Z trudem wytrzymała, nie pozwalając, by jej twarz zdradziła się grymasem smutku, kiedy go zobaczyła. Czuła od niego woń alkoholu, włosy miał poskręcane oraz potargane, oczy podkrążone i przekrwione, a usta spierzchnięte. Wpatrywała się w niego przez kilka chwil, modląc się do Mythal o to, by głos nie zawiódł jej, kiedy przemówi.
— Przyniosłam śniadanie — powiedziała spokojnie, choć odruchowo zacisnęła mocniej dłonie na rączkach od tacy.
Komendant nadal wpatrywał się w nią pełnym szoku, choć zmęczonym spojrzeniem.
— Nic… — wychrypiał, ale zaraz odchrząknął. — Nic ci nie jest? — powiedział już pewniej.
— Dlaczego miałoby mi coś być? — zapytała, starając się panować nad oddechem.
Cullen wpatrywał się w nią nieufnie, więc przechyliła głowę, jak często robiła to wcześniej, kiedy rozmawiali. Na ten widok kąciki jego ust powędrowały ku górze i Telyn z trudem powstrzymała się od odwzajemnienia uśmiechu. Zaraz jednak spochmurniał, spoglądając przez ramię.
Wykorzystała ten moment oraz to, że w porównaniu z nim była naprawdę drobna, by przecisnąć się między nim a drzwiami.
— Posprzątam — zaproponowała szybko, ale nie była przygotowana na to, co dane jej było zobaczyć.
Gdyby nie to, że oddech ugrzązł jej w piersi, pewnie wydałaby z siebie cichy jęk, spoglądając na przewrócone biurko i regał, walające się wszędzie książki oraz kilka opróżnionych butelek. Do pomieszczenia, w którym czuć było zaduch, wpadło trochę wiatru i jedna z butelek potoczyła się pod jej stopy. Spojrzała na nią krótko, a zimna bryła natychmiast zsunęła się na dno jej żołądka.
Odstawiła tacę na stołek, jedyny mebel, jaki nie został przewrócony, a potem zerknęła krótko na Cullena, który posłał jej pełne skruchy spojrzenie. Bez słowa podszedł jednak do biurka, by pomóc jej ustawić je w poprzedniej pozycji. Była mu niesamowicie wdzięczna za to, że milczał, bo nie wiedziała, czy teraz potrafiłaby wydusić z siebie choć słowo, które nie zdradziłoby jej obecnego stanu. Regał podniósł sam, więc w kojącej ciszy zabrała się za zbieranie rozrzuconych po gabinecie dokumentów.
— Komendancie… — zaczęła, ale zaraz jej przerwał:
— Cullen. Ustaliliśmy, że się lubimy — przypomniał jej słabym głosem.
— Tak, rzeczywiście — zgodziła się z ociąganiem. — Cullenie — poprawiła się, wpatrując się w niego możliwie neutralnie. — Odniosę tacę i polecę, by przygotowano dla ciebie kąpiel. — Bo misa z wodą tu nie wystarczy, dodała w myślach.
Zgodził się bez słowa, posłusznie kiwając głową, więc sięgnęła po tacę, by opuścić pomieszczenie. Zatrzymała się dopiero, gdy zamknęła za sobą drzwi. Dłonie jej drżały, a koniuszki palców pokrył magiczny szron. Musiała bardziej nad sobą panować, jeśli chciała, by nie wyczuł jej magii. W końcu był niegdyś templariuszem. Teraz nie zdradziła się tylko dlatego, że był w kiepskim stanie, ale kiedy dojdzie do siebie, będzie musiała się pilnować. Odetchnęła głęboko. Potrzebował pomocy, bardziej niż kiedyś. Nie mogła go przecież tak zostawić.
Z ulgą zdała sobie sprawę, że Cullen nie zdążył jeszcze wrócić, kiedy sama przekroczyła próg gabinetu. Nie wiedziała, jak długo będzie w stanie udawać, że nadal nic nie czuje. Bała się, że zbyt szybko ją przejrzy. Nie lubiła nosić w sobie tego rodzaju tajemnic, ale musiała go, cóż, poznać, zanim zdecyduje się przyznać.
Sięgnęła po leżącą na podłodze książkę, by tę i całą resztę ułożyć tak, jak robiła to już wcześniej. Nawet nie miała ochoty pytać, co działo się podczas jej nieobecności. Zwyczajnie nie chciała wiedzieć, bo bała się, że prawda mogłaby ją przerosnąć. Klucz do szuflady zabrał ze sobą, ale podejrzewała, że nie był w stanie tej nocy sięgnąć po lyrium, co jednocześnie ją przeraziło, ale i trochę pocieszyło. W końcu go nie wziął. Prawda?

***

Umył się i przebrał – przynajmniej nie śmierdział już jak żebrak z Denerim – ale nadal czuł się paskudnie. Miał strasznego kaca, nie dość, że wypił zdecydowanie więcej, niż powinien, to jeszcze męczył go ten moralny. Westchnął ciężko, popychając drzwi do gabinetu. Jakby tego było mało, brakowało mu lyrium tak bardzo, że z trudem szedł na wyprostowanych nogach. Raz czy dwa zachwiał się i miał tylko nadzieję, że nikt tego nie widział. Kąpiel miała też jednak jeden zasadniczy zły skutek. Woda była tak ciepła, że siedząc w niej, rozleniwił się na tyle, że stał się senny, a uczucie słabości wróciło ze zdwojoną siłą. Nie pomogło nawet syte śniadanie. Po prostu nie miał tego dnia sił.
Na moment zapomniał, że w jego gabinecie znajdowała się Telyn i stęknął głucho, kiedy tylko oparł się o dopiero zamknięte drzwi.
— Cullenie — powitała go, wpatrując się w niego uważnie dużymi, szarozielonymi oczyma.
Przez moment lub dwa miał wrażenie, że dostrzegł w jej wzroku coś… innego. Jakby zaciekawienie i kilka innych emocji, ale zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Uśmiechnął się blado, zdając sobie sprawę, że musiał być zmęczony tak bardzo, że umysł płatał mu figle. Marzył tylko o tym, by położyć się spać, ale czekało go tak wiele pracy.
— Powinieneś odpocząć — zawyrokowała nieoczekiwanie.
— Nie, Telyn, raporty… — zaczął, spoglądając w stronę biurka, na blacie którego wszystko posegregowano, ale natychmiast mu przerwała:
— Cullenie, przejrzałam wszystkie dokumenty. Raportów jest niewiele. Największa sterta to korespondencja, która nie wymaga natychmiastowej uwagi — poinformowała.
Nie odpowiadał przez chwilę, tak bardzo zdziwiła go dziwny ton nieznoszący sprzeciwu pobrzmiewający w jej głosie. Miał wrażenie, że coś się zmieniło, ale nie potrafił dokładnie tego określić, dlatego ponownie zrzucił wszystko na barki zmęczenia.
— Poinformuję wartowników, by nie przeszkadzali — dodała już swoim zwykłym głosem.
Tak, zdecydowanie był zmęczony i coś sobie ubzdurał.
— Niech będzie — zgodził się niechętnie, chociaż wyglądało na to, że Telyn już podjęła decyzję.
Może Evelyn kazała jej zwracać na jego stan więcej uwagi i zaleciła, by pilnowała tego, by się wysypiał? Nie wiedział. Nie chciał tego roztrząsać. W to, że nie miał aż tyle pracy, ile wcześniej myślał, uwierzył jej na słowo, dlatego cieszył się, że mógł jeszcze chwilę bezkarnie pospać.
— Obudzę cię, jeśli będziesz potrzebny — zapewniła go, a on posłał jej ciepły uśmiech.
Pomyślała, że w tym czasie sama trochę odpocznie. Najpierw usłyszała, jak wszedł na górę, później szczęk metalu uświadomił jej, że zdjął zbroję – w końcu dziwnie byłoby, gdyby spał w pełnym rynsztunku – dopiero po jakimś czasie przestała słyszeć jego krzątanie się po pomieszczeniu oraz późniejsze kręcenie się po łóżku. Spokój nie trwał jednak długo, bo po niecałej godzinie, kiedy ona w spokoju czytała jedną z jego książek dotyczącą taktyki bitewnej, jęknął coś niezrozumiale.
Telyn zamknęła tomiszcze, odkładając je na miejsce, nasłuchiwała. Dźwięk powtórzył się po chwili, tym razem dłuższy i jakby bardziej bolesny. Zacisnęła usta. Co powinna zrobić? Byłoby dziwnie, gdyby weszła na górę, a on obudził się z koszmaru, zdając sobie sprawę, jak wiele zatroskania było na jej twarzy, ale coś musiała zrobić. Ostatecznie, słysząc, jak niezrozumiale coś bełkotał, zdecydowała, że chociaż do niego zajrzy.
Wspięła się po drabinie, nie wchodząc po niej do końca. Zatrzymała się, gdy jej głowa wysunęła się ponad otwór w podłodze. Przewróciła tylko oczami, widząc rzucone w kąt deski oraz dziurę w dachu – niczego innego się nie spodziewała. Skoro nie miał czasu na uprzątnięcie swojego gabinetu, to co dopiero miejsca, w którym tylko sypiał.
— Nie, nie, proszę… — mruknął, a jego oczy zabłądziły krótko pod zamkniętymi powiekami.
Zmarszczyła brwi, zaciskając palce na szczeblu drabiny. Syknęła cicho, zdając sobie sprawę, że jej palce do niego przymarzły. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że okłamywanie Cullena co do swojego stanu nie było dobrym pomysłem. Musiała przyznać się przed samą sobą: z trudem panowała nad swoją magią. Ale nie była gotowa, żeby mu powiedzieć. Nie teraz.
Nie mogła wejść do niego tak po prostu i go obudzić. Dostatecznie naruszyła jego prywatność. Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić. Co mogła zrobić, żeby go obudzić, jeśli nie mogła tam podejść? Rozejrzała się po pomieszczeniu służącemu komendantowi za sypialnię, ale nie znalazła niczego, co mogłoby jej pomóc.
Powoli zeszła po drabinie, czując się niesamowicie bezradna. Założyła ręce na piersi, rozglądając się po gabinecie, aż jej wzrok zatrzymał się na butelkach, których nie zdążyła wynieść. Gdyby tylko, tłukąc je, narobiła odpowiednio dużo hałasu. Powie mu, że próbowała wziąć wszystkie na raz i jedna wyśliznęła się z jej rąk…
…Mythal, jakie to idiotyczne.
Spojrzała za okno, wiatr dął dziś wyjątkowo mocno. Uśmiechnęła się do siebie, otworzyła drzwi na oścież, by po chwili trzasnąć nimi z całych sił. Na górze zapanowała cisza. Nasłuchiwał, tak jak i ona, dlatego czym prędzej skarciła się w myślach, otworzyła drzwi i zabrała ze sobą butelki.
Usłyszała ciche szuranie na górze; musiał wstać.
— Telyn? Wszystko w porządku?
— To tylko wiatr, komendancie — odpowiedziała wyuczonym, spokojnym głosem. — Nie chciałam cię budzić.
Kiedy wróciła, najprawdopodobniej musiał wrócić do łóżka. Nie chciała go budzić, dlatego odsyłała wszystkich interesantów, prosząc, by przyszli później. Żadna sprawa nie była bowiem na tyle nagląca, by przeszkadzać mu w odpoczynku, którego przecież tak bardzo potrzebował. Ponadto wszyscy wykazywali się zrozumieniem – o walce komendanta z uzależnieniem wiedziała już najprawdopodobniej cała Podniebna Twierdza, nawet jeśli on sam tego nie chciał. Telyn żałowała tylko, że Cullen widział w tym jedynie swoją słabość. Prawda była taka, że jego żołnierze podziwiali go za to, czego się podjął i doskonale rozumieli, z czym się zmagał. Ale szanowała to, że chciał, by jego sprawy pozostały prywatne lub chociaż próbował stwarzać pozory tego, że nie miał pojęcia o wieściach, które po barakach rozeszły się już dawno.
Kiedy wreszcie do niej przyszedł, wyglądał zdecydowanie lepiej. Telyn nie mogła jednak powiedzieć, by czuł się w stu procentach dobrze, bo był zdecydowanie ponury i mocno rozkojarzony. Nie miała pojęcia, co było tego przyczyną; z oczywistych przyczyn nie mogła też zapytać.
Cullen spojrzał na piętrzące się na biurku dokumenty, wzdychając przy tym ciężko. Rozmasował kark, a potem rzucił elfce smutne spojrzenie, zanim zasiadł na krześle. Dopiero wtedy ze zdziwieniem dostrzegł, że część papierów znikła.
— Telyn, co się stało z… połową tego, co tu było? — zapytał podejrzliwie, mierząc ją niepewnym spojrzeniem.
— Przejrzałam jeszcze raz wszystkie dokumenty — poinformowała zdawkowo. — Powinieneś zwracać większą uwagę na daty — poleciła. — Wiele z raportów pochodziło sprzed tygodnia lub dwóch.
Zawstydził się swoim brakiem profesjonalizmu. Jakoś niespecjalnie dziwiło go to, że w stercie pomieszanych papierów znajdowały się również te, które zdążył przeczytać wcześniej i najprawdopodobniej, przytłoczony masą obowiązków, odrzucał je byle gdzie, zapominając o ich istnieniu, by później przeczytać je ponownie. Jakby sobie przypomnieć, to faktycznie niektóre raporty wydawały się podejrzanie znajome.
— Sierżant Rylen prosił o spotkanie — powiedziała, przerywając jego zamyślenie i, widząc, że już się podnosił, dodała: — Poprosiłam, by przyszedł wieczorem, bo sprawa nie była nagląca. — Przysiadł z powrotem. — Chodzi o inspekcję najnowszej partii sprzętu, który Inkwizycja dostała z Orlais.
Posłał jej tak ciepły uśmiech, że coś w jej wnętrzu pękło i rozlało się ciepłą falą. Natychmiast odwróciła się w stronę regału, na którym chciała umieścić szklaną figurkę halli, by nie widział mocno czerwonego rumieńca wykwitającego na policzkach.
— Jesteś niezastąpiona — mruknął cicho, sięgając po zalakowaną kopertę, by przejrzeć najważniejszą korespondencję.
Umieszczenie figurki na szczycie regału okazało się nieco kłopotliwe. Telyn była zwyczajnie za niska. Stanęła na palcach, całym ciałem opierając się o mebel, ale ciągle brakowało jej kilku centymetrów. Mogła spróbować wrzucić figurkę na górę, ale bała się możliwości nieumyślnego jej rozbicia.
Opadła na pełne stopy i jej plecy zderzyły się z czymś twardym. Cullen zaśmiał się cicho, nieco powyżej szyi elfki, ale jego ciepły oddech i tak owionął nieosłoniętą skórę szyi. Kolana jej zmiękły, dłoń zadrżała, ale komendant na szczęście zdążył przejąć od niej figurkę, bez problemu umieszczając ją na górze.
Martwiło ją to, że kiedy halla znalazła się już na swoim miejscu, oni nadal tkwili w bezruchu, aż dłonie komendanta opadły na jej barki, zaciskając się na nich lekko.
— Nie chciałabyś, żeby cofnięto rytuał wyciszenia? — zapytał cicho.
Telyn zmrużyła oczy, oblizując nerwowo wargi. Dopóki nie widział jej twarzy, miała chwilę na to, żeby się uspokoić, choć bardzo przeszkadzał jej w tym jego dotyk oraz to, że nadal opierała się o niego plecami. Niemal zapomniała, jak to jest czuć czyjąś bliskość, nawet tę niezobowiązującą, neutralną.
— Wolałabym nie — odparła, siląc się na to, by panować zarówno nad oddechem jak i głosem, ale skupienie się na dwóch rzeczach jednocześnie było niemal niemożliwe.
— Dlaczego? — zapytał jeszcze ciszej.
— Zakon musiał mieć powód, by uznać moje wyciszenie za konieczność — wydusiła, przypominając sobie przewinienie, za które została skazana na przejście przez rytuał wyciszenia. — Mogłam stwarzać niebezpieczeństwo. Tak jest lepiej — wydusiła, czując, że lada moment się rozpłacze.
— Przy Andersie mówiłaś co innego — mruknął przy samym jej uchu.
— Nie pamiętam tego — skłamała natychmiast, czując, jak serce podeszło jej do gardła. — Przyniosę obiad — powiedziała i, ku jej uldze, Cullen cofnął się o krok, pozwalając jej odejść.
Nie spojrzała na niego, gdy wychodziła. Zbyt wiele sił poświęciła na to, by powstrzymać łzy – nie potrafiła już zapanować nad tym, jaki wyraz przybrała jej twarz. Wiedziała, że musiała wydać się wcześniej lub później, nie wierzyła w to, że wytrzyma długo, ciągle udając wyciszoną. Albo sama mu powie, albo ją zdemaskuje. Sam chciał przecież, by cofnięto rytuał. Powie mu to. Jutro, może pojutrze. Kiedy jeszcze trochę odpocznie i poradzi sobie z pracą.
Wróciła niedługo później. Odruchowo naparła na drzwi, chcąc otworzyć je całym ciałem, ale te nie drgnęły i Telyn rozlała część gorącej zupy po palcach. Syknęła cicho, starając się zignorować ból. Zastukała w drzwi łokciem, może się zacięły?
— Komendancie Rutherford? Cullenie? — Odpowiedziała jej cisza.
Może gdzieś wyszedł? Nie. Wtedy przecież zostawiłby drzwi otwarte, bo wiedział, że miała lada chwila wrócić. Westchnęła, starając się uspokoić. Rozejrzała się, czując, jak panika powoli ściskała jej gardło, ale nie zobaczyła nikogo ani niczego, co mogło jej pomóc. Cholera. Nawet jeśli nie przed Cullenem, to przed Inkwizytorką nadal musiała udawać wyciszoną. Nie mogła tak po prostu wyważyć drzwi jakimkolwiek zaklęciem, żeby dostać się do środka. Co, jeśli leżał tam cały zlany zimnym potem, drżący i nieświadomy tego, że był bezpieczny? Obiecała mu, że przy nim będzie.
Spojrzała w stronę głównego gmachu Podniebnej Twierdzy, zanim odstawiła tacę z posiłkiem i zapukała raz jeszcze.
— Cullenie? — nie dbała o to, że w jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. — Jesteś tam?
Odpowiedziało jej ochrypłe jęknięcie. Dlaczego zamknął te pieprzone drzwi? Zamrugała szybko, przygryzając wargę. Nie miała innego wyjścia. Musiała to zrobić. Zawróciła, z trudem powstrzymując się od biegu, bo nie chciała zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Weszła do komnaty Solasa, zaciskając dłonie w pięści. Elf posłał jej zdziwione spojrzenie.
— Cullen… musisz, bo nie mogę, ona będzie wiedzieć, musisz za mnie, ze mną — motała się.
— Uspokój się, lethallan — polecił jej, podchodząc do niej, by złapać ją mocno za przedramiona. — Uspokój się i powiedz, co się stało.
— Cullen zamknął się w gabinecie. Cierpi. Nie mogę wparować tam z pomocą magii. Trzeba iść po Inkwizytorkę — powiedziała na wydechu.
Solas spojrzał krótko w stronę przejścia prowadzącego do kwater komendanta i zaraz pokręcił głową.
— Pójdę tam z tobą — powiedział spokojnie.
— A powiesz za mnie? — poprosiła, wiedząc, w jak tragicznym stanie się znajdowała.
— Mówiąc „tam” miałem na myśli gabinet komendanta — oznajmił. — Po pierwsze Evelyn jest teraz zajęta, po drugie… — urwał, marszcząc brwi. — Zaczęła kwestionować to, czy to dobrze, że komendant Rutherford odstawił lyrium.
Telyn wyprostowała się nagle, przybierając na powrót neutralny wyraz twarzy, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia. Na szczęście okazało się, że to Varrik.
— Co to za zbiegowisko? — zażartował, ale, widząc zmartwioną Telyn, zaraz dodał: — Coś nie tak z Loczkiem?
— Zamknął się w gabinecie — wyjaśniła pokrótce, odwracając wzrok.
— Jeśli dobrze pamiętam, zachodnie drzwi zamykane są na klucz — mruknął krasnolud.
— To prawda, ale co to ma do rzeczy? Musimy… — zaczęła.
— Otworzę je, bez wysadzania mu połowy gabinetu w powietrze — przerwał jej natychmiast.