wtorek, 25 października 2016

Wyciszona: V

Może Kasandra i Evelyn miały rację? Zmarszczył brwi, obserwując przez okno przechodzącą w stronę kuchni Telyn. Odkąd razem pracowali, każdego dnia zwykła jadać obiad o tej porze. Czasem łudził się, że może przyjdzie do niego zamiast… zerknął na wyciszonego, którego przydzieliła mu Minaeve. Jak w ogóle miał na imię? Trevis? Travis? Jakoś tak. Ponownie spojrzał przez okno, ale elfka zniknęła mu z pola widzenia.
Powinien przestać o niej myśleć. Uczucia, jakie do niej żywił faktycznie lada chwila mogły stać się niezdrowe. Myślał o niej zdecydowanie za często i to, że przez chwilę odzyskała świadomość, nie mogło zakłócać jego chłodnego osądu. Może faktycznie powinien skupić się na ludziach, którzy go otaczali.

***

Telyn przechyliła głowę, przysłuchując się rozmowie Solasa i Kasandry, ale rozmawiali tak szybko i na tyle cicho, że nie była w stanie wyłapać niczego więcej niż kilku pojedynczych słów. Spoglądali na nią co chwilę, z kolei Varrik i Cole nie wtrącali się do rozmowy. Elfka nie bardzo wiedziała, dlaczego tak żywo dyskutowali oraz po co tak właściwie zaproszono ją w to miejsce. Nie rozumiała całego zamieszania tym bardziej, gdy w końcu zostali z nią tylko Varrik i Cole, bo mag i poszukiwaczka przeszli do sali narad, by omówić coś z Inkwizytorką.
— Telyn — zaczął krasnolud, a ona spojrzała na niego pustym wzrokiem, mrugając kilkukrotnie, gdy oślepiło ją światło świecy odbijające się od jakiegoś metalowego elementu. — To prawda, że byłaś ostatnio u komendanta Rutherforda? — zagaił.
— Nie — zaprzeczyła natychmiast, spokojnie się w niego wpatrując.
— Nie? — upewnił się Varrik, uśmiechając się coraz szerzej. — A jeśli ci powiem, że widziałem, jak do niego szłaś? Co powie na to Minaeve? — zapytał, zakładając ręce na piersi.
Milczała, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nigdy nie była w takiej sytuacji, zwykle jeśli kłamała, wszyscy jej wierzyli. Nawet Cullen, gdy powiedziała mu, że wcale nie siedziała z nim przez cały dzień. Nie wiedziała, jak powinna zareagować. Może miała po prostu się przyznać?
— Byłam mu coś oddać — wytłumaczyła się po długiej chwili milczenia. — Nie mów Minaeve — poprosiła. — Będzie zła.
— Nie powiem — zapewnił ją Varrik. — Ale musisz się na coś zgodzić…

***

— Chcemy zobaczyć, jak bliskość Pustki wpłynie na wyciszonego, wasza czcigodność — poinformowała Kasandra. — Solas uważa, że może dowiedzieć się przez to czegoś więcej na temat twojego znamienia.
— Oczywiście to misja wysoce niebezpieczna — poinformował apostata, złączając palce, kiedy badawczo przyglądał się Evelyn. — W końcu przy szczelinach łatwo o demony, a wyciszony będzie bezbronny. Tym niemniej uważam, że gra jest warta ryzyka. W końcu chodzi o twoje dobro, Evelyn — zapewnił. — Tym bardziej, że jesteś magiem. Obcowanie ze szczelinami może ci szkodzić, warto to zbadać. Jeśli ktoś, komu odebrano dostęp do Pustki, w jakiś sposób na to zareaguje… — podsunął.
Inkwizytor Trevelyan starała się rozważyć tę opcję możliwie dokładnie. W końcu chodziło o jej życie. Poza tym miała pewien pomysł co do tego, kogo mogła wysłać na tak niebezpieczną misję. Musiała się jej pozbyć. Dla dobra Cullena. W końcu biedak ubzdurał sobie coś odnośnie tego, że Telyn na moment odzyskała uczucia, kiedy przesłuchiwał Andersa. Coś takiego nie było możliwe, doskonale o tym wiedziała. W końcu sporo czasu spędziła w kręgu, prowadząc badania. Cullen wiele przeszedł w czasie swojej służby. To oraz odstawienie lyrium musiały sprawić, że umysł spłatał mu figle.
Nie mogła powiedzieć tego na głos, ale naprawdę bardzo ucieszyłoby ją, gdyby elfka nigdy nie powróciła z tej wyprawy.
— Macie już jakichś kandydatów? — zapytała cicho, gotowa od razu przedstawić swój pomysł.
Kasandra i Solas spojrzeli po sobie niepewnie.
— Uznaliśmy, że taka decyzja powinna należeć do ciebie — oznajmił apostata, wzruszając lekko ramionami.
— Może zechcesz uzgodnić to ze swoimi doradcami? — podsunęła Kasandra.
— Nie, nie widzę takiej potrzeby — mruknęła natychmiast Evelyn, mrużąc oczy. — Myślę, że mam kandydatkę. Solasie, wyruszycie najszybciej, jak to będzie możliwe.

***

Dorian szturchnął lekko Telyn, która posłała mu nieco skołowane spojrzenie, ale nie odezwała się nawet słowem, kiedy przejeżdżali przez bramę Podniebnej Twierdzy.
— Za co można nienawidzić wyciszonego, co? — zapytał.
Odpowiedziała mu cisza oraz karcące spojrzenie Kasandry.
— Nie dziwię się, że Loczek sobie ciebie upodobał. — Uśmiechnął się złośliwie. — Macie podobne poczucie humoru.
— Poczucie humoru? — powtórzyła Telyn. — Przecież nie żartuję — dodała, patrząc spokojnie na Doriana.
— W tym rzecz, moja droga. W tym rzecz — westchnął mag, kręcąc lekko głową.
— Daj jej spokój, Dorianie — skarcił go Solas. — Jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo może opowie ci jakiś żart — dodał nieco ciszej.
Tevinterczyk prychnął.
— Żartem jest to, że jedziemy postawić jakąś wyciszoną przy szczelinie i zobaczyć, co się stanie — parsknął. — Postradaliście rozumy — wytknął im.
— To nie jakaś wyciszona — wtrąciła się Kasandra. — Robimy to na życzenie komendanta Rutherforda — przypomniała mu ostro.
— Gdyby nie ty, ten pomysł nigdy nie doszedłby do skutku — żachnął się ponownie Dorian. — Naczytałaś się zdecydowanie za dużo złej, naprawdę złej literatury — mruknął, wpatrując się znacząco w Varrika.
— Ej! — fuknęli jednocześnie krasnolud i Poszukiwaczka.
— Nie dyskutujcie z nim o tym, jego to bawi — upomniał ich Solas. — Komendant w ogóle został poinformowany, że mamy zamiar…
— Nie — ucięła Kasandra. — Robiłby sobie niepotrzebne nadzieje.
Tego Dorian obawiał się najbardziej. Ile w ogóle było szans na to, by ten szalony plan się powiódł? A mówili, że to z nim było coś nie tak, bo uważał magię krwi za coś nieszkodliwego. Westchnął ciężko. Nic nie trzymało się całości.
— A co zrobicie, jeśli faktycznie proces wyciszenia da się odwrócić? Evelyn nie będzie zadowolona, to pewne — mruknął, wbijając zmartwione spojrzenie w niewzruszoną Telyn.
Zapadło naprawdę niewygodne milczenie, które przerwał dopiero pogodny głos Cole’a:
— Nie możemy po prostu jej tego nie powiedzieć?

***

Wpadł na nią akurat wtedy, gdy wychodziła z gabinetu Josephine. Rozpromieniła się na jego widok, więc i on przywołał na twarz uśmiech. Z dziwnym zmieszaniem zauważył, że był to sztuczny gest, który wymusił, bo uważał, że tak trzeba. Lubił Evelyn. Była sympatyczna, wesoła i zwyczajnie miła. Po prostu dało się ją lubić. Nie tak, jakby wszyscy sobie tego życzyli, bo Cullen ciągle uważał, że czegoś jej brakowało. Może to prywatne uprzedzenie? Musiał w końcu odrzucić na bok koszmary związane z kręgami. Widział magię w jej najgorszym wydaniu, ale widział też, jak służyła do ratowania ludziom życia. Musiał też wyrzucić z głowy jej błąd, kiedy straciła cały oddział jego ludzi dla tej skrzyni. W końcu skontaktowanie się z Szarymi Strażnikami było niezwykle istotną sprawą.
Mógł przecież spróbować.
— Lady Trevelyan — mruknął niższym głosem. — Szukałem cię — dodał, zmuszając się do tego by kąciki ust powędrowały jeszcze wyżej.
Umiał być czarujący, jeśli tego zechciał i wiedział, że samym tonem głosu mógł zdziałać naprawdę wiele, jeżeli się postarał. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na Evelyn działało to bezbłędnie.
— Mnie? — zdziwiła się, rumieniąc się lekko, by zaraz spleść ręce za plecami.
Jej ciemne oczy roziskrzyły się nieznacznie, gdy podszedł bliżej.
— Pomyślałem, że może chciałabyś spędzić ze mną trochę czasu — zaproponował, skinąwszy głową w stronę przejścia do ogrodów. — Przydałaby mi się przerwa, uznałem, że mógłbym spędzić ją w twoim towarzystwie.
— To miłe, że o mnie pomyślałeś — przyznała, sięgając do jasnych, prostych włosów, by nakręcić je na palec w lekkim zakłopotaniu.

***

Nie miał pojęcia czy to przez fakt, że Evelyn była tak zestresowana tym, że niespodziewanie okazał jej zainteresowanie, czy po prostu nie umiała grać w szachy, ale nawet jeśli bardzo chciałby pozwolić jej wygrać, i tak nie była w stanie tego wykorzystać. Znała zasady poruszania się pionów oraz, ale przestawiała je kompletnie bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się ani na moment nad możliwymi ruchami przeciwnika. W efekcie odsłoniła się przed nim już w pierwszych czterech ruchach, czego udawał, że nie widział, ale i to nie pomogło jej w uniknięciu wykonania kolejnego samobójczego ruchu.
Poza tym nigdy nie uczono go sztuki konwersowania – Evelyn pochodziła z ważnej, szlacheckiej rodziny, musiała pobierać takie lekcje – ale ich rozmowa zwyczajnie się nie kleiła. Dopiero po chwili zauważył, że działo się tak przez jej egocentryczność. Wszelkie kolejne tematy sprowadzała do siebie. Ja zrobiłam, ja powiedziałam, ja ustanowiłam
Miał dość. Momentami powątpiewał w to, jak ktoś taki mógł rządzić Inkwizycją. Nie zwracał na to uwagi w trakcie narad, bo rozumiał, że Evelyn, żyjąc w kręgu, nie mogła nauczyć się zbyt wiele na temat planowania wojennego lub szpiegowania, ale sztuka dyplomacji nie powinna być jej obca. Niestety i Josephine zwracała uwagę na spore braki u Evelyn w tej dziedzinie. Poczuł nieprzyjemne uczucie rozczarowania, gdy zdał sobie sprawę, że Inkwizytorka była zwykłą figurantką, której kazali tylko ładnie wyglądać, a sami wykonywali za nią brudną robotę… bo kiedy dobierała się do władzy, jaka była w jej rękach, ginęli ludzie.
Westchnął ciężko. Oczywiście nie umniejszał jej zasług na polu walki z Koryfeuszem. Mało kto zdobyłby się na to, by ciągle stawać naprzeciw niebezpieczeństwu i walczyć o wolność Thedas.
— Coś nie tak? — zasmuciła się Evelyn, wystawiając się kolejny raz.
W tym momencie zastanawiał się, czy nie robiła tego specjalnie.
— Szach-mat, Evelyn — mruknął, strącając w końcu jej króla.
— Ojej — pisnęła tylko, szczerze zaskoczona tym, że przegrała, ale zaraz na niego spojrzała. — Nie czujesz się najlepiej, prawda?
Uśmiechnął się nieco pobłażliwie. Nie powie jej przecież, że ta rozmowa go męczyła.
— To tylko ból głowy — skłamał naprędce. — Poza tym powinienem już wrócić do pracy. Pozwolisz, że cię odprowadzę? — zaproponował, łudząc się, że odmówi.
W drodze powrotnej ciągle zmuszał się do uśmiechu, słuchając kolejnych opowieści z jej dzieciństwa. Może to dziwne, ale nawet jeśli sama pytała go o jakieś wspomnienia z lat przed wstąpieniem do Zakonu, odpowiadał jej tak lakonicznie, jak tylko był w stanie. Zwyczajnie nie miał ochoty opowiadać jej czegoś więcej o sobie. Właściwie żałował, że próbował wypchnąć tę znajomość poza tory „służbowe”.
Evelyn musiała mieć jednak inne zdanie, bo kiedy otworzył jej drzwi, za którymi znajdowały się schody prowadzące do jej komnat, przeszła przez nie i lekko pociągnęła go za sobą tak, by przejście zamknęło się za nimi. Potem stanęła na palcach, by musnąć jego usta w lekkim pocałunku.
— Do zobaczenia, Cullenie — mruknęła na pożegnanie, przeskakując po dwa stopnie na raz.
Stał jak wryty jeszcze przez kilka chwil. Nie spodziewał się tego. I nie wiedział, co powinien zrobić, bo obecna sytuacja bardzo mu się nie podobała, ale nagłe sprowadzenie Inkwizytorki na ziemię mogło być… nieprzyjemne w skutkach.

***

Jej pierwsza świadoma myśl dotyczyła tego, że czuła niesamowite zimno. Coś chłodnego stykało się z jej dłonią. Powoli podniosła wzrok, próbując przyzwyczaić się do patrzenia w nienaturalną jasność i zachłysnęła się nadmiarem powietrza wciąganym w płuca. Niematerialna postać dotykała jej palców, owiewając rękę chłodem, który przenikał do głębi ciała. Telyn zadrżała, kolana jej zmiękły i upadła na ziemię. Eteryczna istota zaśmiała się cicho, a potem zniknęła.
Pozostałe dźwięki docierały do niej z daleka i były zdecydowanie przytłumione. Poza jasnością widziała jeszcze zielone błyski. Świadomość ciała zaczęła wracać do niej dopiero, gdy ktoś ścisnął jej ramię, szarpiąc za nie mocno. Poleciała na plecy, wciągając szybko powietrze. Szarpnęła się w obawie przed niebezpieczeństwem. Ktoś krzyczał, ale nie potrafiła rozróżnić słów.
Czyjeś asekurujące ręce uniosły ją z ziemi i miała wrażenie, że zawisła w powietrzu, bo kiedy nie dotykała podłoża, nie potrafiła stwierdzić, gdzie znajdowało się niebo. Wszystko migotało setkami barw, aż zrobiło się jej niedobrze, więc zacisnęła powieki. Po chwili zarzuciło nią mocno i znowu znajdowała się na trawie.
Odległe dźwięki ucichły, a błyski zniknęły, więc powoli otworzyła oczy. Zamazany obraz powoli nabierał ostrości. Kiedy zdała sobie sprawę, że pochylało się nad nią kilka osób, w panice chciała się odczołgać, ale zderzyła się z ciężkimi, okutymi butami. Otoczyli ją.
— Spokojnie. — Usłyszała jeden wyraźny głos przebijający się ponad wszelkie szmery i szumy. — Jesteś bezpieczna. — Fala spokoju i ukojenia zalała jej ciało, przez moment poczuła się senna, ale walczyła o to, by utrzymać powieki otwarte.
— Cóż, to było ciekawe doświadczenie — mruknął Dorian, uważnie studiując jej twarz. — Powiedz mi, złotko, czujesz się jakby trochę mniej wyciszona?
Głowa zabolała ją przeraźliwie, kiedy wspomnienia z ostatnich kilku miesięcy wlały się naraz do myśli. Każde pojedyncze wydarzenie, każda migawka, wszystko domagało się jej uwagi właśnie teraz. Syknęła, czując pulsujący ból, ale cierpienie po chwili minęło.
— Cole, odsuń się od niej, daj jej odetchnąć — poinstruowała Kasandra.
Telyn czuła, że powinna zadać teraz naprawdę wiele pytań, ale zamiast słów, z jej gardła wydarł się żałosny skowyt, a zaraz potem rozpłakała się, kuląc się na trawie. Zielone źdźbła łaskotały jej nieosłoniętą skórę, gdzieś w dali czuła słodki zapach kwiatów zmieszany ze znacznie bliższą wonią magicznego ognia, który przed momentem musiał spalić wszystko, co znalazło się na jego drodze.
— J-jak… — wyjąkała tylko, łapiąc szybko powietrze, kiedy mierzyła się ze wszystkimi emocjami napierającymi ze wszystkich stron.
Świat jeszcze nigdy nie wydawał się tak wyraźny.
— Zdecydowanie nie jesteś już wyciszona — zawyrokował Dorian, marszcząc brwi. — Inkwizytorka nie będzie zadowolona.
— Dotknął cię duch wiary — przerwała mu Kasandra. — Solas sprowadził go do ciebie — poinformowała zdawkowo. — Pamiętasz nas?
W odpowiedzi, nadal zalewając się łzami, kiwnęła głową.
— Jesteś bezpieczna — powtórzył Cole, kucając przy niej.
Tym razem, gdy zalała ją fala spokoju, udało się jej uspokoić na tyle, by opanować łzy.
— I co teraz? — zapytał Varrik, spoglądając na Telyn jak na ciekawego rodzaju zwierzątko. — Powiemy Evelyn, że elfka ma się dobrze, a w dodatku odwróciliśmy skutek rytuału wyciszenia?
— Nie — ucięła Kasandra. — Cole ma rację. Powiemy, że nic się nie stało. — Zacisnęła mocniej usta, przyglądając się Telyn. — Evelyn nie jest na to gotowa — dodała ciszej. — Nie teraz.
— Świetnie, zaryczana elfka ma udawać wyciszoną. Brzmi jak plan — sarknął Dorian, odwracając się do Dalijki plecami.
— Zaraz… — Pociągnęła nosem. — Zaraz się opanuję. Naprawdę. Tylko ni-e… nie każcie mi więcej — poprosiła szybko, kręcąc głową. — To okropne. Jakby oglądać wszystko przez grubą szybę, zza której nikt nie może cię usłyszeć — mruknęła, ocierając łzy.
— To ciekawe spostrzeżenie — odezwał się zbliżający się do nich Solas. — I bardzo cenne. — Uśmiechnął się. — Jak się czujesz?
Kasandra podała jej rękę, więc skorzystała z pomocy, ale kolana zadrżały zdradliwie. Na szczęście mogła wesprzeć się na poszukiwaczce, co przyjęła z wdzięcznością oraz ulgą.
— Trochę słabo — powiedziała niepewnie. — I jestem trochę… — Wskazała ręką dokoła. — Przytłoczona tym wszystkim — wyszeptała. — Nie wyciszycie mnie, prawda? — zapytała asekuracyjnie, spoglądając podejrzliwie na Kasandrę.
— Cofnęliśmy skutki rytuału tylko po to, żeby cię znów wyciszyć — poinformował żartobliwie Varrik, ale widząc wykrzywioną przerażeniem twarz Telyn, zaraz dodał: — Żartowałem, nic ci nie grozi.
— Doprawdy. Widzę, że w kwestii poczucia humoru niewiele się zmieniło — mruknął Dorian. — Komendant będzie zachwycony.
— Komendant Rutherford? Cullen? — podchwyciła natychmiast. — Co z nim? Wszystko dobrze? — dopytywała. — Mam pewne… luki w pamięci — wyznała, starając się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły.
— Loczek ma się dobrze. A przynajmniej miał, zanim zdążyliśmy wyjechać — zapewnił krasnolud. — To na jego prośbę podjęliśmy się próby odwrócenia rytuału.
— Prosił o to? — zdziwiła się.
— Nie dosłownie — poinformowała Kasandra. — Komendant… cóż — urwała, nie bardzo wiedząc, jak sformułować swoje myśli.
— Komendant ciasne-portki… — zaczął Dorian, ale Telyn zaraz szturchnęła go w ramię.
— Nie mów tak o nim! — Zmarszczyła groźnie brwi i nos, wpatrując się z nieskrywaną wrogością na Doriana, który uśmiechnął się lekko.
— Niech ci będzie, pan komendant zdążył bardzo cię polubić. — wyjaśnił.
Elfka pokręciła tylko głową, nie chcąc dać się wciągnąć w jałową dyskusję z magiem. Na szczęście Kasandra poprowadziła ją na bok.
— Mimo że byłaś wyciszona, okazałaś mu wiele dobra i zrozumienia, kiedy cierpiał — mruknęła, podprowadzając ją do siedziska zrobionego z ułożonych na sobie futer. — Byłaś przy nim w wielu trudnych chwilach. Myślę, że nikt od… bardzo dawna nie zrobił dla niego czegoś tak dobrego i bezinteresownego — mruknęła trochę ciszej, spoglądając pobłażliwie na kłócących się Doriana oraz Varrika. — Cullen poczuł się w obowiązku, by zrobić coś dobrego dla ciebie, rozumiesz? — zapytała, wbijając w nią przeszywające spojrzenie.
— Rozumiem — odparła po chwili wahania.
— Nikt nie oczekuje od ciebie, że rzucisz całe swoje życie, które właśnie otrzymałaś i zostaniesz na zawsze w Podniebnej Twierdzy, ale… myślałaś już o tym, co zrobisz z tym darem?
Nie myślała o tym. Nie miała kiedy.
— Powinnam wrócić do klanu, do lasu, do… — urwała, czując, jak zimna pętla zaciskała się na jej przełyku. — Minęło ponad pół roku — wyszeptała, opuszczając głowę i ukrywając twarz w dłoniach. — Wątpię, by na mnie czekali — wyznała, uśmiechając się gorzko. — Może to dziwne — zaczęła już pewniejszym głosem. — Ale chcę pomóc Cullenowi — powiedziała, spoglądając kątem oka na Kasandrę. — Nie powinien przechodzić przez to sam.
— Cieszy mnie, że tak uważasz — przyznała poszukiwaczka. — A twoje wcześniejsze wspomnienia… — zmieniła temat. — Bo pamiętasz to wszystko, prawda?
Telyn westchnęła cicho.
— Pamiętam.
— Żywisz odnośnie nich jakieś… uczucia? Oczywiście nie musisz odpowiadać — powiedziała natychmiast Kasandra, widząc, że Telyn posłała jej nieco zdziwione spojrzenie.
— To nie takie proste. Nie potrafię nazwać tego, co… — Wzruszyła ramionami. — Nie czułam? Tak powinnam powiedzieć? — zamyśliła się, marszcząc brwi. — Dopiero teraz zaczynam wiązać jakieś emocje z tamtymi zdarzeniami.
— Z pewnością to trudne — powiedziała Kasandra. — Wiesz, że Inkwizytorka jest o ciebie… cóż, zazdrosna? — zapytała jeszcze. — Uważa, że komendant zaczął żywić do ciebie niezdrowe uczucia.
Elfka otworzyła szerzej oczy.
— Nie chciałam jej go odbierać — mruknęła zszokowana.
— W to nie wątpię — zgodziła się Kasandra. — Musimy ją jednak przygotować na to, że nie jesteś już wyciszona. To może być dla niej szok.
— Dla mnie to też szok, możesz mi wierzyć — powiedziała cicho, widząc, że poszukiwaczka wstała, by podejść do rozpalanego właśnie ogniska.
— Wierzę. A teraz odpocznij — poleciła. — Cole będzie przy tobie, gdybyś nie radziła sobie z emocjami. Cole jest…
— Wiem, czym jest Cole — wtrąciła się, posyłając jej lekki uśmiech.
— To dobrze. Przygotuj się, bo kiedy wrócimy do Podniebnej Twierdzy, będziesz musiała opanować emocje.

Nie pocieszało jej to. Miała ochotę na zmianę krzyczeć, płakać i może histerycznie się śmiać.

Wyciszona: IV

Cullen przeszedł po schodach, raz czy dwa zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy Telyn nadal za nim szła. Jeszcze w klanie musiała opanować sztukę skradania się. Elfy były znane ze swoich polowań, więc pewnie podświadomie poruszała się w ten sposób. Czasem ciekawiło go, czym kierowała się Minaeve, przydzielając ją do niego. Stwórca jeden raczył to wiedzieć, ale chyba nie mogli trafić lepiej.
— Więzień już czeka, komendancie — poinformował strażnik, otwierając przed nim drzwi i przepuszczając ich w przejściu.
— Zostawcie nas samych — nakazał strażnikowi i pilnującym Andersa templariuszom.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, ale zaraz zasalutowali krótko i odeszli.
— Kapitan Cullen — powitał go zmęczonym głosem apostata. — Kogo ze sobą przyprowadziłeś?
— Moją asystentkę, Telyn — poinformował, żeby Anders nie czuł się zagrożony.
— Nie czuję jej. Jest wyciszona — wyszeptał, wpatrując się w półmrok, w którym zatrzymała się elfka. — To nie twoja asystentka, to twój więzień — dodał pogardliwie.
— Nie ja ją wyciszyłem — mruknął zniesmaczony. — Uwierz, gdyby to ode mnie zależało… — urwał, spoglądając na elfkę, która czekała na jego znak, by zacząć notować.
— To co? Oddałbyś jej uczucia? Marzenia? Sny? — parsknął apostata.
Cullen zacisnął usta, przyglądając mu się z wściekłością.
— Nie przyszedłem tutaj dyskutować o mojej asystentce — upomniał go.
— Oczywiście, panie kapitanie. Odważny jesteś, skoro odwołałeś swoich żołnierzy — fuknął.
— Pewnie nikt cię nie poinformował, ale odszedłem z Zakonu — mruknął, a potem skinął głową na Telyn.
— Och, właśnie zyskałeś w moich oczach — zaśmiał się Anders.
— Jesteś oskarżony o świadome działanie na szkodę Zakonowi, zamordowanie wielu niewinnych templariuszy, magów, przelanie krwi wielu mieszkańców Kirkwall, wysadzenie w powietrze świątyni wraz z kapłanką… — wyliczał.
— Znam listę zarzutów. Sebastian czyta mi ją do snu każdego wieczora — parsknął, a jego skóra zajaśniała bladoniebieskim światłem.
— Trzymaj swojego uduchowionego przyjaciela na smyczy — zagroził mu Cullen. — Odprawienie templariuszy miało pokazać, że daję ci szansę.
Nie zauważył tego, ale Telyn cofnęła się o pół kroku, przyglądając się Andersowi w milczeniu.
— Pluję na twoją łaskę! — warknął Anders, napinając łańcuchy. — Może i odszedłeś z Zakonu, ale twoja mentalność w nim pozostała.
— Mnie żaden duch zemsty nie kazał wymordować kilkudziesięciu cywili — odwarknął, ale zaraz skarcił się w myślach.
Dał się sprowokować. Wiedział, jak bardzo było to nieprofesjonalne, ale nie mógł nic na to poradzić. Zerwał z Zakonem. Na dobre. Nikt nie miał prawa mówić mu, że było inaczej. Szczególnie ktoś taki jak Anders.
— Poświęciłem ich w imię większego dobra! — ryknął, a pęknięcia na jego skórze poszerzyły się, odkrywając błękit pustki. — Co ktoś taki jak ty może o tym wiedzieć!
Cullen sam cofnął się nieznacznie, a potem usłyszał szelest kartek i dźwięk stłuczonego kałamarza. Natychmiast obejrzał się na Telyn, która upadła i właśnie z przerażeniem odciśniętym na twarzy odczołgiwała się tyłem, rozglądając się po pomieszczeniu.
— Co się stało? — wydusiła przez ściśnięte gardło, spoglądając na Cullena i ciężko oddychając. — Pustka… jest tak blisko… — wyszeptała rozpaczliwie, sięgając do głowy. — Nie pozwól im, nie możesz — zachłysnęła się powietrzem, a łzy popłynęły po jej twarzy. — Proszę! Musisz mnie zabić, ja… nie — urwała, dławiąc się szlochem. — Nie chcę już!
Drżącymi palcami sięgnęła jego spodni, wczepiła się w nie, unosząc się lekko. Wpatrywała się w niego wielkimi, załzawionymi oczami, w których pierwszy raz widział jakiekolwiek emocje, w dodatku te najgorsze.
— Cullen… — wyłkała jego imię. — To wraca!
Słowa uwięzły mu w gardle, kiedy patrzył na nią w przerażeniu. Nie potrafił poruszyć się choć o centymetr, kiedy uwiesiła się na jego nogach. Czuł, że powinien jej pomóc, ale nie potrafił. Nie mógł jej przecież tak po prostu zabić!
— Widzisz teraz, jaki wspaniały jest wasz rytuał wyciszenia! — ryknął Anders, napinając łańcuchy, które zatrzeszczały tak, jakby miały zaraz pęknąć. — Zabij ją albo sam to zrobię!
Łańcuchy pękły, strop zatrząsnął się głucho i magiczny pocisk poszybował w stronę przerażonej Telyn. Komendant nie myślał długo, po prostu pochylił się, obejmując elfkę z całych sił tak, by przyjąć atak Andersa na plecy. Mimo że nosił zbroję, czuł palący go magiczny ogień. Syknął głucho, upadając z Dalijką, przygważdżając ją do kamiennej posadzki. Jęknęła coś niezrozumiale i wydostała rękę ponad ramię Cullena.
Poczuł szarpnięcie magii ponad swoją głową. Tym razem było ono inne, zupełnie różne od tego, czym posługiwał się Anders. Przerażony uchylił powieki i spostrzegł ciemnoniebieską tarczę, która osłaniała ich obu. Templariusze, zaalarmowani hałasami dobiegającymi z pomieszczenia, wpadli do środka. Cullen zdążył posłać Telyn jeszcze jedno zdezorientowane spojrzenie.
Uśmiechnęła się słabo przez łzy, a ręka zadrżała i opadła całkowicie.
— Dasz radę — wyszeptała, zanim jej oczy zamknęły się powoli.

***

Solas odesłał go do siebie, ale i tak nie mógł zasnąć. Nie po tym, co widział. Nie po tym, co mu powiedziała, jak na niego patrzyła. Nie rany na plecach, a paskudne poczucie winy paliło go najbardziej. Varrik powiedział mu, że kiedyś był świadkiem tego, jak Anders przypadkiem „ściągnął” jednego z wyciszonych z powrotem, ale nie trwało to długo, bo szybko wrócił do poprzedniego stanu. Krasnolud poradził mu jeszcze, by nie robił sobie nadziei na to, że kiedy Telyn otworzy oczy, będzie inaczej.
Ale skoro ten pieprzony apostata ściągnął ją na wtedy, to odwrócenie procesu wyciszenia mogło być możliwe. Musiał porozmawiać o tym z Poszukiwaczką Pentaghast. W końcu to Poszukiwacze Prawdy stworzyli rytuał wyciszenia.
Wiedziony tą nadzieją zasnął z koszmarnym bólem głowy. Wiedział, że i tej nocy mógł śnić koszmary, ale nie spodziewał się ujrzeć w nich Telyn. Jej szarozielone oczy… spojrzenie, jakie mu posłała – pełne strachu i bólu – ciągle do niego wracało. Nie potrafił tak po prostu przejść nad tym do porządku.
Obudził się z krzykiem na ustach oraz zlany zimnym potem. Nie potrafił jej pomóc wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Drżał na całym ciele, choć w sypialni było ciepło.
— Stwórco, nie każ mi patrzeć na to znowu — wyszeptał, przyciskając palce do skroni.
Podniósł się do siadu i zsunął nogi z łóżka, czując bolesny skurcz przechodzący przez łydkę. Zignorował ból, podnosząc się z cichym stęknięciem. Wiedział, że i tak nie miał szans na zażycie choć odrobiny snu.
Ubrał się i zszedł po drabinie. Rozejrzał się po gabinecie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby się zająć, ale kiedy Solas wysłał go do siebie, praca pochłonęła go tak bardzo, że zdążył poradzić sobie ze wszystkim w pojedynkę.
Często łapał się na tym, że podnosił wzrok, szukając Telyn, ale zaraz z zawodem odkrywał, że nie było jej w pobliżu.
Ukrył twarz w dłoniach i potarł ją, próbując się rozbudzić. Musiał do niej zajrzeć, chociaż na moment. Nerwowym krokiem wyszedł na blanki i przeszedł do głównego gmachu Podniebnej Twierdzy. Solasa nie zastał w jego komnacie, dlatego od razu udał się na piętro, chcąc przejść do pokoju, w którym Evelyn na stałe umieściła Telyn. Nie spodziewał się tylko tego, że to właśnie Inkwizytorka zagrodzi mu drogę.
— Znowu do niej idziesz — stwierdziła, zakładając ręce na piersi. — Nadal jest nieprzytomna. Mówiłam ci, że dowiesz się pierwszy, jeśli się obudzi — przypomniała mu, kręcąc głową.
— Prawie przeze mnie zginęła… — zaczął ponownie.
— Ty też. I przez własną głupotę, i przez to, że potem zgrywałeś bohatera — skarciła go. — Powinieneś myśleć najpierw o sobie — poleciła mu, mrużąc oczy.
— Ona tam jest! — wyszeptał wściekle. — To da się odwrócić! Templariusze potwierdzili, widzieli to, co ja, Evelyn! — żachnął się. — Była świadoma, mówiła do mnie.
— Cios Andersa był silny, Cullenie — mruknęła, łapiąc go pod łokieć i prowadząc w przeciwną stronę.
Komendant rzucił jeszcze jedno pełne bólu spojrzenie w stronę drzwi, które dzieliły go od korytarza, z którego dostałby się do pokoju elfki.
— Mogło ci się przywidzieć, mogłeś chcieć to widzieć — zmartwiła się. — Myślę, że mogłeś przywiązać się do Telyn… za bardzo — zawyrokowała, patrząc na niego z troską.
— Nie oszalałem. Wiem, co widziałem — powtórzył, zmęczony kolejnymi tłumaczeniami.
— Telyn jest dla ciebie miła, bo ja jej to kazałam, Cullenie. Poleciłam jej, by się tobą opiekowała — ścisnęła jego ramię. — Ona nie potrafi odczuwać żalu czy współczucia, co tu mówić o przywiązaniu — przypomniała mu brutalnie. — Małpuje twoje zachowania, bo jest nauczona, by powtarzać to, co widzi. Powinieneś skupić się na ludziach, którym naprawdę na tobie zależy. — Uśmiechnęła się słabo, kiedy na nią spojrzał.
Dotknęła dłonią jego policzka, głaszcząc kciukiem skórę.
— Ma na ciebie zły wpływ — wyszeptała Evelyn. — Znajdziemy ci innego asystenta. Minaeve na pewno się zgodzi — zachęciła go.
— Nie chcę kogoś innego — powiedział twardo. — I rozumiem, co znaczy to, że jest wyciszona — dodał bezradnym głosem. — Po prostu się o nią martwię.
Zamknął oczy i zobaczył twarz Telyn. Jej różowe usta układające się w lekki uśmiech oraz łzy spływające po policzkach i skroniach, by w końcu zniknąć w ciemnych włosach. Byli w środku wywołanego przez Andersa chaosu, a on poczuł się dziwnie spokojny, kiedy powiedziała mu, że da radę. Wtedy naprawdę w to uwierzył, zapominając na moment, że jej kojący głos nie mógł ochronić go przed rozwścieczonym magiem.
— To już postanowione, Cullenie — powiedziała jednak Evelyn. — Nie będziesz pracował z Telyn.

***

Telyn wpatrywała się w stół, przy którym miała teraz pracować. Przez chwilę pomyślała, że Inkwizytorka mogła kłamać. W końcu Cullen nauczył ją, że można mówić nieprawdę, więc jeśli ona potrafiła, to inni pewnie też. A jeśli to komendant ją okłamywał? Jeśli wcale jej nie lubił?
Czuła w głowie dziwny mętlik. Było to dla niej uczucie tak obce, że nie potrafiła skupić się na pracy. Sięgnęła do szyi i zacisnęła palce na kluczu. Chyba powinna go zwrócić. Zamrugała, a potem odszukała wzrokiem znajomą twarz.
— Minaeve? — Podeszła do niej powoli.
— Tak, Telyn? — mruknęła, nie podnosząc na nią nawet wzroku.
Cullen zawsze na nią patrzył, kiedy rozmawiali.
— Mogę na chwilę wyjść? — zapytała spokojnie, wpatrując się w swoją przełożoną.
— A gdzie chcesz iść? — Minaeve w końcu podniosła na nią wzrok.
Telyn milczała przez chwilę. Czy jeśli powie prawdę, Minaeve pozwoli jej wyjść?
— Jestem głodna. Przyzwyczaiłam się do jadania obiadów o tej porze, kiedy pracowałam z komendantem Rutherfordem — oznajmiła bez zająknięcia.
Minaeve przez chwilę studiowała jej twarz, ale ostatecznie wyraziła zgodę.
Tajemnica – kolejna rzecz, której nauczył jej Cullen. Nikomu nie powiedział o tym, że umiała kłamać i dlatego sama nie podzieliła się z nikim tą informacją. Bez pośpiechu przemierzyła schody, ale zatrzymała się na samym ich końcu, przypominając sobie, że na parterze mieszkał Solas. Mógł ją wydać. Trudno. W razie pytań jego też okłamie.
Nie zastała go jednak w swej komnacie, więc minęła ją czym prędzej i wyszła na most prowadzący prosto do gabinetu komendanta Rutherforda. Zatrzymała się przed drzwiami i zapukała, wiedząc, że powinna zachowywać się oficjalnie, skoro już razem nie pracowali. Jednak zamiast głosu Cullena ktoś otworzył jej drzwi i minął ją w przejściu, zostawiając je uchylone. Szybko zorientowała się, że wyciszony, który obok niej przeszedł, musiał być nowym asystentem komendanta.
— Mogę wejść? — zapytała, wsuwając głowę między drzwi a framugę.
— Telyn! — zdziwił się Cullen, podnosząc się z miejsca. — Co ty tu robisz? Inkwizytorka nie powiedziała… Stwórco, nie stój w przejściu, wejdź.
Zamknęła za sobą drzwi, rozglądając się po gabinecie. Kilka książek leżało rozłożonych w różnych częściach pomieszczenia – z pewnością nie w takich miejscach, w jakich być powinny. Poza tym na biurku komendanta piętrzył się stos papierów i nie wyglądało na to, żeby tego dnia Cullenowi było dane coś zjeść.
— Przyszłam — oznajmiła nieco bezmyślnie. — Czy pan komendant już mnie nie lubi? — zapytała, przechylając głowę.
— Co? Lubię cię, kto ci naopowiadał takich rzeczy? — zmartwił się, zdawszy sobie sprawę, że wróciła do mówienia mu na „pan”. — Inkwizytor Trevelyan uznała, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy razem pracować — wytłumaczył.
Telyn nadal stała tuż przy drzwiach, wpatrując się w niego pustym spojrzeniem, jakby nie do końca rozumiała, co się właściwie działo i o czym rozmawiali.
— Mnie powiedziała, że już mnie nie chcesz — powiedziała ciszej.
Coś ścisnęło mu wszystkie wnętrzności i wycisnęło powietrze z płuc. Może i faktycznie powtarzała zaobserwowane u innych zachowania, ale w zaskakujący sposób wiedziała, kiedy oraz jakim powinna się posłużyć.
— Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział — zapewnił.
— Nie kłamiesz? — zapytała, nadal się w niego wpatrując.
— Nie śmiałbym, uratowałaś mi życie, kiedy Anders zaatakował — powiedział, przechodząc przed biurko.
Zmarszczyła brwi i opuściła spojrzenie, jakby próbowała wrócić wspomnieniami do tamtych chwil.
— Nie pamiętam tego — powiedziała, jakby było jej to zupełnie obojętne. — Przepraszam. Muszę już iść — oznajmiła, sięgając do szyi, by zdjąć z niej rzemyk, na którym zawiesiła klucz do szuflady. — Oddaję.
Coś ścisnęło mu gardło.
— Czy ty właśnie okłamałaś Minaeve, żeby tu przyjść? — zapytał półszeptem.
— Tak — odpowiedziała bez wahania.
— Ja… — Westchnął, rozmasowując kark. — Nie powinnaś tego robić. Inkwizytorka nie chce, żebyśmy się widywali — wyjaśnił, odbierając z jej dłoni klucz.
Stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w niego tak, jakby była trochę zakłopotana.
— Telyn, co czujesz? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
Nie odpowiadała, bo wiedziała, że nie może odpowiedzieć mu tego, co chciałby usłyszeć, a okłamać go nie potrafiła.
Cullen wydał z siebie dziwny dźwięk, jakby próbował zdusić szloch.
— Muszę już iść — powtórzyła obojętnie, odwracając się na pięcie.
Został sam, ściskając w ręku rzemień z zawieszonym na nim kluczem do szuflady z lyrium. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wściekły i bezsilny jednocześnie. Co, jeśli faktycznie wszystko sobie ubzdurał?

***

Kasandra zmarszczyła czoło, widząc przychodzącego do niej Cullena. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej i szczerze obawiała się, że miał kolejny atak, który coraz bardziej zbliżał go do granicy wytrzymałości. Dlatego bardzo zdziwiła się, kiedy padło pytanie:
— Jak odwrócić proces wyciszenia? — Nie odpowiedziała, wpatrując się w niego w lekkim szoku. — Nie rób ze mnie wariata, Kasandro — poprosił. — Wiem, co widziałem. Wyciszenie da się cofnąć. Oboje o tym wiemy.
— Da się — potwierdziła powoli, przypatrując mu się uważnie. — I wierzę ci, nigdy nie powiedziałam, że nie — dodała, założywszy ręce na piersi. — Nie rozumiem tylko, dlaczego tak bardzo zależy ci… — urwała, zdawszy sobie sprawę ze znaczenia słów, które wypowiedziała. — Darzysz ją niezdrowym uczuciem, powinieneś to urwać, zanim będzie za późno — poradziła mu, mrużąc oczy. — Nawet jeśli uda ci się przywrócić jej duszę Stwórcy, może nie odwzajemnić twoich uczuć. Powinieneś o tym wiedzieć.
— Nie straciłem dla niej głowy — powiedział twardo. — Naprawdę wiem, co znaczy to, że jest wyciszona — mruknął, choć niemal natychmiast przypomniał sobie tę chwilę, w której spojrzenie Telyn było w pełni świadome. — Po prostu jej spojrzenie, kiedy była przez moment świadoma…
Pokręcił głową.
Pamiętała wszystko, co razem robili, kiedy była wyciszoną. Pamiętała, jak się nim opiekowała. Powiedziała przecież, że da radę. I choć wszystkim dookoła wmawiał, że rozumiał, z czym wiązał się jej stan, nie potrafił wyrzucić z myśli uśmiechu, którym go obdarzyła. Za każdym razem, gdy o nim pomyślał, coś niesamowicie zimnego zsuwało mu się w dół przełyku, a w koniuszkach palców czuł dziwne mrowienie.
— Chcę jej pomóc — postanowił, marszcząc brwi. — Kiedy była świadoma, uratowała nam życie, choć to ja niepotrzebnie ją naraziłem. — Posłał Kasandrze półuśmiech.
— Idealizujesz ją w swoich myślach — powiedziała z rezygnacją. — Wiesz, że jeśli ten proces zostanie odwrócony, może być zupełnie inna od twoich wyobrażeń? Może nawet być… niestabilna psychicznie — zakończyła ostrzegawczo.
— Jestem tego świadom — powiedział pewnie, zakładając ręce na piersi. — Nie idealizuję jej, uwierz — mruknął, chociaż cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał mu, że to paskudne kłamstwo.
— Odwrócenie wyciszenia nie będzie łatwe i, bez urazy, nie nadasz się do tego, komendancie — powiedziała w końcu Kasandra, choć nadal uważnie go obserwowała. — Powiedziałabym nawet, że będziesz musiał poprosić o pomoc Solasa.
— Solasa? — zdziwił się.
— Tak, bo to on przyjaźni się z duchami — powiedziała powoli. — Twojej Telyn będzie potrzebny duch wiary, tylko jego… dotyk może odwrócić skutek wyciszenia.
— Przecież to praktycznie niemożliwe — wykrztusił, opuszczając w zawodzie ręce.
Kasandra wzruszyła ramionami.
— Nie mówiłam, że będzie łatwo — odparła.
Była w stu procentach przekonana, że zdeptała wszelkie jego nadzieje na możliwość pomocy Telyn. Jeszcze na chwilę wróciła wzrokiem do pisanego wcześniej raportu. I dobrze, powinien dać sobie spokój z tą elfką. Nie sądziła, że poważny komendant Inkwizycji mógł pozwolić zawrócić sobie w głowie z powodu ładnej buzi, w dodatku wyciszonej. Chociaż z drugiej strony nie dziwiła się temu, że lgnął do niej po tym, jak, może i nieświadomie, okazała mu trochę dobra, tym bardziej po tym, jak przez moment widział ją świadomą.
Wydała z siebie krótkie westchnienie frustracji. Będzie musiała porozmawiać z Solasem.