poniedziałek, 24 października 2016

Wyciszona: III

Tym razem część dłuższa. W następnej będzie się działo, to mogę Wam obiecać. ;)
________________

Kilka kolejnych dni minęło bez większych rewelacji, za co Cullen dziękował Stwórcy. Zdążył przyzwyczaić się do zwykle milczącej elfki kręcącej się gdzieś po jego gabinecie. Nawet jej pusty, przenikliwy wzrok stał się mniej dokuczliwy, a momentami przyłapywał się na tym, że w ogóle mu nie przeszkadzał. Coraz częściej zdarzało mu się, że w podziękowaniu za jej pracę po prostu się do niej uśmiechał. Telyn najprawdopodobniej rozumiała gest, bo szybko nauczyła się prosić o kolejne zadanie lub sama znajdowała sobie kolejne zajęcie, kiwnąwszy uprzednio głową. Poza tym bardzo cenił w niej to, że często pozwalała mu zapomnieć o swojej obecności. Poruszała się naprawdę cicho oraz nie zwracała na siebie uwagi, jeśli nie widziała takiej konieczności.
Mimo wszystko za każdym razem czuł się nieco zaskoczony, kiedy przynosiła mu obiad lub kolację. Tylko w tych chwilach wytchnienia pozwalał sobie na to, by przyglądać się jej nieco dłużej – Telyn i tak nie zwracała na to szczególnej uwagi. Czasem przyłapywał się na tym, że zwracał uwagę na jej wygląd, choć, oczywiście, nie miał na myśli nic złego. Zdarzało się, że czuł smutek przez to, że została brutalnie wyciągnięta ze swego świata. Pewnie, gdyby nie była wyciszona, zaklasyfikowałby to uczucie do czegoś w rodzaju koleżeńskiej troski.
Miała sięgające łopatek, ciemnorude, wiecznie zmierzwione włosy. Komendant zastanawiał się czasem, czy były tak niesforne jak jego własne i Telyn nie potrafiła nad nimi zapanować czy też nigdy specjalnie jej to nie obchodziło. Miała całkiem ładne rysy twarzy, a piegi tylko dodawały jej uroku; gdyby nie była wyciszona, pewnie miałaby w Inkwizycji kilku adoratorów. Jak wszystkie elfy, wydawała się Cullenowi nieco nienaturalnie szczupła, może nawet krucha, ale nigdy nie skarżyła się na fizyczne zmęczenie. O psychicznym, z oczywistych powodów, ciężko było mówić.
Tego dnia czuł się wyjątkowo paskudnie. Cały czas balansował na granicy świadomości, ale starał się nie pozwolić przeszłości, by go nawiedziła. Ostatnim razem uderzył Telyn – nie mógł dopuścić do tego kolejny raz.
— Inkwizytor Trevelyan wróciła i zarządziła naradę — poinformował, szykując się do wyjścia. — Zostawię cię samą, dasz sobie radę? Gdyby coś się działo, wiesz, gdzie mnie szukać.
W odpowiedzi, do czego zdążył się już przyzwyczaić, skinęła głową, a potem podniosła się z miejsca przy biurku, które zwykła zajmować. Uniosła lekko rękę, machając mu na pożegnanie i skłoniła głowę.
— Machasz na pożegnanie? — zdziwił się.
Telyn spojrzała na swoją uniesioną dłoń, przechylając lekko głowę.
— Nie powinnam? — zapytała. — Widziałam, jak machał pan na pożegnanie sierżantowi Rylenowi. Pomyślałam, że tak się robi — wytłumaczyła się spokojnie, opuszczając rękę.
— To mniej oficjalne pożegnanie — wyjaśnił z braku lepszego słowa. — W ten sposób żegnają się osoby, które się znają i lubią — dodał jeszcze, widząc, że Telyn starała się zrozumieć ten tok myślenia.
— Nie bardzo rozumiem — przyznała w końcu. — Znamy się — zaczęła, ale zaraz urwała, zastanawiając się, czy ich relację mogłaby określić lubieniem się.
W końcu nieco skołowana opuściła spojrzenie, a Cullen uśmiechnął się ponuro. Właśnie w takich chwilach bolało go to, że Telyn nie znała uczuć i nie potrafiła rozróżnić tak prostych zachowań.
— Lubi mnie pan? — zapytała nieoczekiwanie. — Minaeve mówi, że lubić kogoś, to chcieć spędzać z nim czas i rozmawiać. I pomagać sobie wzajemnie.
W pewien pokręcony sposób rozumiał jej tok myślenia. Faktycznie spędzali ze sobą dużo czasu, rozmawiali, choć nieczęsto, i pomagali sobie. A przynajmniej ona pomagała jemu.
— Lubię — powiedział spokojnie. — A ty?
Zamilkła na dłużej, wbijając w niego przeszywające spojrzenie.
— Myślę… — zaczęła zaskakująco niepewnie, jakby nie potrafiła ubrać w słowa swoich myśli. — Że gdybym nie była wyciszona, mogłabym pana lubić.
Nie odpowiedział, zamiast tego uniósł dłoń i pomachał do niej. Wtedy sama powtórzyła gest i pożegnała go:
— Do zobaczenia, komendancie.
Wyszedł, uśmiechając się lekko. Jak na wyciszoną szybko uczyła się społecznych zachowań. Żałował tylko, że pewnie sama ich nie rozumiała, a tego typu gesty były odbiciem tego, co udało się jej podpatrzeć u niego.
Odetchnął głęboko, mając nadzieję, że dotlenienie się pomoże mu odegnać chociaż trochę ćmiącego bólu głowy. Ostatnio lepiej się wysypiał, bo dzięki Telyn mógł wygospodarować trochę więcej czasu na sen, ale wczoraj dostał kilka zaległych raportów już po tym, jak odesłał elfkę i zasiedział się do późna. Niewyspanie, jak przypuszczał, szybko przełożyło się na to, jak się czuł.
— Dzień dobry — przywitał się, zdając sobie sprawę, że z rozpoczęciem narady czekano już tylko na niego. — Jak wyprawa na Sztormowe Wybrzeże? — zapytał pogodnie, ale zaraz spochmurniał, widząc ponury wyraz twarzy Evelyn.
Bez słowa podała mu raport, którego wcześniej mu nie dostarczono. Przebiegał wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu, nie wierząc w to, co właśnie czytał.
— Jak to: nikt nie przeżył? — przeczytał i spojrzał wściekle na Inkwizytorkę. — Poświęciłaś cały oddział dla otwarcia jakieś głupiej skrzyni? — warknął, rzucając plik kartek na stół.
— Chodziło o Szarych Strażników — żachnęła się, zakładając ręce na piersi.
— Mogłaś się wycofać, poprosić o wsparcie! — wypomniał jej, kompletnie nie rozumiejąc jej decyzji.
— Wiesz przecież, jak ważne są…
— Nie za wszelką cenę — wtrąciła się Leliana. — Komendant Rutherford ma rację, wasza czcigodność. — Posyłanie całego oddziału na rzeź z powodu starej skrzyni nie było mądrym posunięciem.

Po naradzie był wściekły. Do samego jej końca starał się milczeć, jeśli pozwalała na to sytuacja, bo w innym wypadku pewnie powiedziałby Evelyn kilka ostrych słów. W dodatku ból głowy nasilił się znacznie i prosił Stwórcę o to, by czym prędzej mógł zaszyć się w swoim gabinecie.
— Możemy porozmawiać? — poprosiła Inkwizytor Trevelyan, kiedy narada wreszcie dobiegła końca.
— O tym, jak nie szanujesz życia naszych żołnierzy? — żachnął się. —  To nie mięso armatnie!
Evelyn skuliła się w sobie, obejmując się ramionami.
— Chciałam zapytać o to, jak radzisz sobie z Telyn — mruknęła.
Cullen przewrócił oczami na tę nagłą zmianę tematu.
— Dobrze — odparł lakonicznie.
— To… dobrze — dodała, wzdychając ciężko. — Nie chcesz zrezygnować z jej pomocy? Kiedy ci ją zaproponowałam, nie wyglądałeś na zadowolonego.
Zmarszczył brwi, myśląc o czekającej na niego asystentce.
— Jest pomocna, łatwiej mi z nią pracować — przyznał już bez zawstydzenia. — Poza tym jest bardzo cicha i nie narzuca się niepotrzebnie.
Właściwie pomyślał o tym, że Telyn była jak dobry żołnierz. Wykonywała rozkazy bez niepotrzebnego kwestionowania.
— Czyli nie chcesz zrezygnować z jej pomocy? — upewniła się.
— Nie, na razie nie — odparł. — Poinformuję cię, jeśli coś się zmieni.
— Cullen… — zaczęła, kiedy już szykował się do odwrotu, uznając temat za wyczerpany. — Długo będziesz się gniewał? — zapytała półszeptem.
W odpowiedzi parsknął i pokręcił z niedowierzeniem głową.
— Ludzkie życie nie jest czymś, o czym możesz bez konsekwencji decydować, Evelyn — powiedział poirytowany. — Może i naznaczyła cię Andrasta, ale to nie daje ci prawa do stawiania się w roli Stwórcy.

***

Telyn nadal siedziała na swoim miejscu, zajmując się czytaniem korespondencji, kiedy wrócił. Wpatrywała się w niego bez słowa, kiedy zasiadł za biurkiem. Nie odzywała się nawet, gdy Cullen oparł łokcie o biurko i, zamiast zabrać się do pracy, ukrył twarz w dłoniach. Bezmyślnie sama przerwała pracę, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony komendanta, ale ta długo nie nadchodziła.
— Wszystko w porządku? — zapytała w końcu.
— Tak — odparł natychmiast dziwnym głosem. — Nie — poprawił się, podnosząc na nią wzrok.
— Nie rozumiem — powiedziała, wyprostowując się na krześle.
— Nie oczekuję, że zrozumiesz… — mruknął, opadając na oparcie krzesła.
— Źle się pan czuje? — zapytała jeszcze.
Cullen zaśmiał się nieco histerycznie. Czasami naprawdę nienawidził tego, że była wyciszona. Wiedział, jak bardzo starała się mu pomóc, jak bardzo chciała go zrozumieć, ale choćby wspięła się na wyżyny swojego schematycznego, logicznego myślenia, nie mogła.
— Nawet nie wiesz jak bardzo — wyszeptał, pocierając twarz. — Wiesz, po czym poznać złego dowódcę? — zapytał. — Ja wiem, bo sam nim byłem — oznajmił, nie wiedząc, dlaczego tak właściwie się jej zwierzał. — Byłem templariuszem służącym w kręgu maginów. Miałem ich pilnować, chronić przed nimi samymi — wyrzucił z obrzydzeniem. — Zamiast tego wyżywałem się na nich za to, jak potraktowano mnie dawniej. Evelyn się nie wyżywa — mruknął zrezygnowany. — Robi coś znacznie gorszego. — Pokręcił głową i spojrzał na Telyn, która nadal siedziała na krześle, w skupieniu rejestrując każde jego słowo. — Szafuje ludzkim życiem tam, gdzie nie jest to potrzebne. Wymordowali przez nią cały oddział.
Pokręcił głową, milknąc na chwilę. Ból stawał się nie do zniesienia, dlatego przekręcił klucz w szufladzie, w której schował lyrium, a potem podał go Telyn. Bez pytania wyciągnęła dłoń, odbierając od niego przedmiot.
— Zabierz to. I odejdź. Chcę być sam — powiedział, podnosząc się, a elfka poszła jego śladem.
— Nic panu nie będzie? — zapytała, ściskając klucz do szuflady.
— Nie — mruknął, czekając, aż odejdzie.
— Czy mam wrócić później?
— Wróć jutro. Masz wolne do końca dnia — powiedział cicho, starając się opanować drżenie dłoni.
Telyn przeszła do wieży, na parterze której mieszkał Solas, niemal bezgłośnie, wpatrując się w klucz, który dał jej Cullen. Co powinna z nim zrobić? Chciał, żeby go zabrała? Chyba powinna zwrócić go kolejnego dnia. Skoro nie chciał mieć dostępu do szuflady, może źle się poczuł? Ale dlaczego w takim razie ją odesłał? Przecież powinna mu pomagać.
— Minaeve? — zapytała, spostrzegłszy elfkę stojącą przy jednym z dużych stołów.
— Tak? Komendant cię przysłał?
— Nie — odpowiedziała spokojnie, zaciskając palce na kluczu. — Chciałam o coś zapytać — wyjaśniła spokojnie, wpatrując się w Minaeve bez wyrazu.
— Słucham więc, co takiego chciałabyś wiedzieć? — elfka zaprosiła ją gestem, by podeszła bliżej.

***

Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, czy postępowała słusznie. Może powinna zapytać Minaeve, czy powinna to zrobić? Właściwie niewiele wiedziała o takich sprawach, a wspomnienia z klanu wydawały się nieco mgliste. Wprawdzie otrzymała odpowiedź na swoje pytanie i przynajmniej w teorii wiedziała, co powinna zrobić, ale nie miała pojęcia, czy dobrze zrozumiała jej wskazówki.
Zapukała do drzwi. Odpowiedziała jej cisza. Nieco bezmyślnie zdecydowała się jednak na to, by wejść do środka. Zgodnie z zaleceniami Inkwizytor Trevelyan powinna zająć się komendantem najlepiej, jak umiała, a to mogło oznaczać niesubordynację. Tak, jak się spodziewała, zastała go kulącego się na podłodze, ale wyglądało na to, że nie stracił świadomości, bo spojrzał na nią gniewnie i natychmiast spróbował unieść się na łokciach.
— Kazałem ci odejść — wychrypiał z bólem, ale Telyn zupełnie go zignorowała.
Podeszła do niego spokojnie, nadal się nie odzywając. Kiedy z trudem uniósł się do siadu, sama usiadła przy nim. Obserwował ją, mrugając szybko. Zaczerwienione oczy piekły mocno, ale starał się utrzymać je otwarte. Przez moment miał wrażenie, że umysł płatał mu figle i Telyn wcale przy nim nie było. Ku jego zaskoczeniu wyciągnęła do niego ręce. Zanim zdążył zareagować, objęła go mocno, przyciągając do siebie jego głowę.
Jej ręce ułożyły się najpierw nieco niezdarnie, ale po chwili obejmowała go zdecydowanie pewniej. Czując ciepło ciała Telyn, niemal instynktownie sam się w nią wtulił, pozwalając na to, by położyła dłoń na jego głowie, przeczesując lekko wilgotne od potu włosy. Wkrótce oparła usta o jego głowę i odetchnęła nieco swobodniej.
Cullen poczuł, jak szloch ścisnął mu gardło. Nie zapanował nad łzami, które po chwili popłynęły po policzkach.
— Chcę pomóc — powiedziała, ściszając głos, gdy przypominała sobie rady Minaeve.
Nie rozumiała, dlaczego w takich chwilach należało mówić ciszej, ale przecież mogła to zrobić.
W odpowiedzi wtulił się w nią mocniej, wydając z siebie krótki, pełen bólu jęk. Nawet jeśli chciał, nie był w stanie nic do niej powiedzieć. Wsłuchiwał się w jej miarowy oddech i spokojne bicie serca. Była wyciszoną, a jednak okazała mu tyle… dobroci, żeby nie powiedzieć: serca. Pomagała mu przy pracy, wysłuchiwała go, kiedy tylko tego zechciał, kryła go nawet przed samą Inkwizytorką. A teraz poszła pewnie zapytać kogoś, co powinna zrobić, by go pocieszyć.
Nie potrafił wierzyć w to, że wyciszeni niczego nie czuli. Nie tak do końca. Gdyby faktycznie nic jej nie obchodził, nie byłoby jej przy nim. Prawda?
— To boli — wykrztusił, kiedy uspokoił oddech. — Nie dam rady, nie mogę już dłużej.
Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Minaeve nie przekazała jej aż tak szczegółowych informacji. Ale czuła, że powinna coś powiedzieć. Tylko co?
— To minie — zapewniła, nie wiedząc nawet, czy mówiła prawdę.
W końcu Minaeve powiedziała jej, że ludzie czasem pocieszają się w ten sposób. Potrzebowali, by w coś wierzyć. Mogła mówić mu takie rzeczy, nawet jeśli sama nie do końca była ich pewna.
Ukrył twarz w jej szacie, zalewając się kolejnymi łzami. Na miłość Stwórcy, ze wszystkich istot żyjących w całym Thedas została przy nim akurat ona. A on nawet nie potrafił się odwdzięczyć.

***

Obudził się, ku swojemu zaskoczeniu, na leżance. Choć pamiętał, że ostatnim razem znajdował się na podłodze. Uniósł się czym prędzej, chcąc sprawdzić, gdzie była Telyn. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że siedziała przy jego biurku, notując coś spokojnie.
— Dzień dobry, komendancie — powitała go, ani na chwilę nie odrywając wzroku od kartki. — Przygotowałam dla pana misę z wodą i przyniosłam śniadanie.
— Śniadanie? — wychrypiał, ale zaraz odchrząknął.
Elfka podniosła na niego spojrzenie pustych oczu.
— Siedziałaś tu ze mną całą noc? — zapytał nieco bardziej zdenerwowanym tonem, niż zamierzał. — Zwariowałaś?
— Poszłam do siebie, gdy zgodził się pan położyć — odpowiedziała spokojnie. — Wróciłam rankiem — poinformowała, widząc, że zmarszczył czoło. — Proponuję, żeby się pan odświeżył i zjadł śniadanie, ponieważ Inkwizytor Trevelyan prosi o pilne spotkanie w sprawie apostaty z Kirkwall. Powiedziała, że będzie pan wiedział, o kogo chodzi — oznajmiła, wracając do notowania. — Przybył z nim Sebastian Vael.
— Anders… — wydusił zaskoczony.
— Nie przekazano mi informacji odnośnie imienia apostaty — powiedziała, odkładając zapisaną kartkę na bok.
Wrócił do niej, kiedy się umył i przebrał. Śniadanie jadł, siedząc na leżance, do której całkiem zdążył się przyzwyczaić. Gdyby nie pomoc Telyn, pewnie nigdy by jej nie odkrył. Przyglądał się elfce, szybko zdając sobie sprawę, że przepisywała za niego raport, którego kopię powinny otrzymać Inkwizytorka, Leliana oraz Josephine.
— Chodź — kazał jej. — Możesz być potrzebna.
Bez słowa dokończyła ostatnie zdanie, skinęła głową, a potem posłusznie podążyła jego śladem. Nie przeszli daleko, bo Evelyn przebywała właśnie w sali tronowej, siedząc przy stole z Varrikiem, który opowiadał jej o Andersie.
— Anders jest niebezpieczny — mruknął krasnolud, marszcząc brwi. — Może wyrządzić wiele szkód nawet wtedy, gdy jest zakuty. Proponuję nie zbliżać się, jeśli nie będzie takiej potrzeby. I tym bardziej nie posyłać Loczka — dodał, widząc zbliżającego się komendanta. — Anders ma uczulenie na templariuszy.
— Byłych też? — podchwycił Cullen, przewracając oczami.
— Witamy, komendancie, Telyn — przywitała przybyłych Evelyn, a potem zwróciła się do Varrika: — Ty odmówiłeś przesłuchania Andersa, rozumiem, że kiedyś się przyjaźniliście — powiedziała bez przekonania. — Dlatego pomyślałam o Cullenie. Z twoich opowieści wynika, że go znał.
— Ledwie — wtrącił się komendant. — Pałętał się tam, gdzie Hawke i zwykle oznaczało to kłopoty — mruknął, uśmiechając się krzywo. — Wygląda na to, że niewiele się zmieniło.
— Ostatnim razem wysadził całą świątynię w powietrze. Co złego może stać się tym razem? — parsknął Varrik.
— Na stałe znajduje się przy nim dwóch templariuszy, którzy są gotowi odciąć jego dopływ mocy w każdej chwili. Sytuacja jest pod kontrolą — zapewniła Inkwizytorka. — Widzę, że nie ruszasz się nigdzie bez swojej asystentki — dodała, wskazując na milczącą dotychczas Telyn.
— Pomyślałem, że może się przydać — mruknął, spoglądając na elfkę niepewnie.
Telyn posłała mu nieobecne spojrzenie, przechylając głowę. Zimny dreszcz przeszedł wzdłuż jego pleców na wspomnienie poprzedniego wieczoru. Jej zachowanie nie było normalne. Żaden wyciszony nie reagowałby w ten sposób.
— Faktycznie, jeśli masz go przesłuchać, Telyn może notować, prawda? — zwróciła się do niej Evelyn.
— Tak, wasza czcigodność — zgodziła się tylko.
— Będziesz mógł bardziej skupić się na więźniu. — Uśmiechnęła się do niego.
— Potrzebujemy jakichś konkretnych informacji? — zapytał, unosząc lekko brwi.
— Mam go osądzić, więc dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego popełnił tak haniebny czyn i czy szczerze tego żałuje — poinformowała, a Varrik parsknął głośno. — Coś nie tak?
— Stawiam cały dochód z mojej najnowszej książki, że żałować może jedynie tego, że wymordował tam za mało templariuszy — mruknął bardziej do siebie. — Życzę powodzenia, mnie w to nie mieszajcie — oznajmił głośniej, unosząc ręce w poddańczym geście. — Najlepiej w ogóle nie mówcie mu, że tu jestem.
Evelyn przez chwilę obserwowała plecy odchodzącego krasnoluda, a potem zwróciła się do Cullena, patrząc na niego ze zmartwieniem:
— Wchodzę rano do twojego gabinetu i zastaję cię leżącego na niezbyt wygodnej leżance, podczas gdy twoja asystentka siedzi za twoim biurkiem — powiedziała, marszcząc brwi. — Powiesz mi, co się stało?
— Pracowaliśmy do późna, przysnąłem — odparł spokojnie. — Prawda, Telyn? — Spojrzał na nią wyczekująco, a Evelyn podążyła za jego wzrokiem.
Elfka w odpowiedzi kiwnęła tylko głową, zgadzając się ze słowami komendanta i wpatrując się w niego intensywnie. Zastanawiał się, jak to możliwe, że kłamstwo przychodziło jej z taką łatwością. Większość wyciszonych od razu powiedziałaby prawdę.
— To nic, czym mogłabyś się martwić, wasza czcigodność — zapewnił ją.
Inkwizytorka złapała jednak jego rękę, ujmując ją obiema dłońmi.
— Evelyn wystarczy — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Pamiętaj, że zawsze możesz przyjść i porozmawiać.
— Wiem — potwierdził, czując się nieco nieswojo, kiedy tak otwarcie okazywała mu uczucia, o które wcale jej nie prosił. — Dziękuję… Evelyn, ale radzim… — odchrząknął. — Radzę sobie.
W końcu miał Telyn, która była przy nim w tych najgorszych chwilach. Jej spokojny oddech i równe bicie serca uspokajały go w dziwny sposób, przypominając, że sam powinien w ten sposób oddychać. Poza tym wczoraj, kiedy nie widział jej pustych oczu, miał wrażenie, że obejmowała go zwykła osoba. Na moment zapomniał, że Telyn była wyciszoną.
— Chodź, Telyn — powiedział do elfki. — Słyszałaś, przydasz się, będziesz notować.
— Oczywiście, panie komendancie — zgodziła się natychmiast.
Posłusznie podążyła za Cullenem, wpatrując się w jego plecy. Kiedy tylko wyszli na zewnątrz, zrównała się z nim krokiem, ściskając przy piersi podkładkę z pergaminem, kałamarz i pióro.
— Znowu skłamałaś — wytknął jej, gdy oddalili się na tyle, by nikt ich nie usłyszał.
Telyn nie skomentowała tej uwagi.
— Wiesz, że mogłabyś powiedzieć prawdę? — mruknął jeszcze po chwili.
— Wiem — odparła bez emocji.
— Dlaczego mnie nie wydasz?
Posłała mu jedno z tych intensywnych, przeszywających na wylot spojrzeń. Prawie spłonął rumieńcem, gdy zdał sobie sprawę, że świadomie ją do nich prowokował.
— A chciałby pan tego? — zapytała, przechylając głowę.
Nie miał pojęcia, skąd się tego nauczyła, ale to również zdążył zauważyć. Zawsze, gdy pytała go o coś związanego bezpośrednio z jego uczuciami, nieznacznie pochylała głowę na bok.
— Nie, tak jest dobrze — powiedział, posyłając jej lekki uśmiech. — Zejdziemy teraz do cel. Słyszałaś Varrika, Anders może być niebezpieczny, więc się do niego nie zbliżaj — poinstruował ją na wszelki wypadek. — Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
— Oczywiście, komendancie.
Kolejna rzecz, którą zauważył: kiedy byli sami, rzadziej w rozmowie z nim dodawała „pan”. Co innego, kiedy sytuacja była bardziej oficjalna.
— Możesz mi mówić po imieniu — zaproponował. — W końcu ustaliliśmy, że się lubimy, prawda? — posłał jej kolejny uśmiech.
W odpowiedzi ponownie na niego spojrzała, zgadzając się skinięciem głowy.

Wyciszona: II

Tym razem trochę krócej. ;) Powiedzmy, że Cullen oswaja się ze swoją nową pomocniczką.
Edit: a jednak dodałam jeszcze fragment. ;)

*************

Nie wiedział, jak długo nie było Telyn, ale czas w oczekiwaniu na jej powrót znacznie mu się dłużył. Pewnie działo się tak dlatego, że wyczekiwał jej powrotu w obawie o to, że coś mogło się stać. Oczywiście wiedział, że nie powinien aż tak bardzo się tym przejmować, ale Minaeve i Inkwizytorka z pewnością nie zostawiłyby na nim suchej nitki, gdyby coś stało się elfce. W końcu skupił się jednak na pracy, nie chcąc, by zbędne rozmyślania wpływały na jego efektywność.
Niestety wkrótce ćmiący ból przerodził się w stały i pulsujący. Cullen sięgnął po wodę, chcąc ugasić chociaż część pragnienia, ale wypił prawie wszystko, co znajdowało się w ustawionym na biurku bukłaku, a palące uczucie nadal nie ustąpiło. Jęknął przeciągle, kiedy rzeczywistość powoli zaczęła się rozmywać.

Telyn przekroczyła próg gabinetu komendanta, rozglądając się po jego wnętrzu. Czyżby komendant musiał gdzieś wyjść? Może zostawił jej kartkę z informacją? Spojrzała krótko na misę wypełnioną parującym gulaszem. Chyba powinna zostawić ją na biurku i znaleźć sobie jakieś zajęcie, w końcu miała komendantowi pomagać. Tak, zdecydowanie powinna się na coś przydać.
Podeszła do mebla, układając naczynie na blacie, a cichy jęk dotarł do jej uszu, kiedy zdążyła się wyprostować. Zerknęła za biurko, by spostrzec leżącego na ziemi mężczyznę. Komendant Cullen osłaniał głowę rękoma, kuląc się i drżąc na całym ciele. Telyn nie była zbyt dobra w odczytywaniu uczuć, ale komendant zwyczajnie nie wyglądał ani zdrowo, ani dobrze, a ona nie była pewna, co powinna zrobić.
Szybko przypomniała sobie jednak słowa Inkwizytorki i najpierw zaryglowała wszystkie drzwi od wewnątrz, by nikt nie mógł wejść do środka.
Nikt nie może zobaczyć komendanta w chwili słabości – masz tego dopilnować, ufam twojemu osądowi.
Później spokojnie przeszła do kulącego się na podłodze Cullena i przysiadła w pewnej odległości, przyglądając się mu intensywnie. Inkwizytorka Trevelyan powiedziała, że gdyby komendant nagle zasłabł, powinna się nim zająć, ale nie miała zielonego pojęcia, jak powinna się do tego zabrać.
Musisz go uspokoić. Jak? Co robisz, kiedy ktoś jest smutny lub wystraszony? Przytulasz go, starasz się mówić do niego uspokajająco. Przypomnij sobie, co robiła twoja opiekunka, gdy byłaś smutna lub przestraszona.
Telyn wyciągnęła do komendanta dłoń i mężczyzna skulił się jeszcze bardziej, mamrocząc niezrozumiale. Niezrażona elfka ułożyła jednak dłoń na jego ramieniu, a potem nie puszczała go przez kilka chwil. Gdy zdołał przyzwyczaić się do dotyku, przysunęła się bliżej. Cullen, zdawszy sobie sprawę, że jej obecność nie niosła ze sobą zagrożenia, uniósł się lekko w poszukiwania ciepła, jakie wydzielało jej ciało. Nieco rozpaczliwie uczepił się jej w pasie i wtulił w nią głowę, wydając z siebie westchnienie ulgi. Elfka, uznając to za dobry znak, ponownie ułożyła na nim dłoń, tym razem układając ją jednak na głowie komendanta. Niewątpliwie miał gorączkę, ale nie powinna teraz wychodzić, choćby dlatego, że ktoś mógłby wejść do środka.
Pamiętaj, że nie możesz wypominać mu tego, jak się zachowywał w chwilach słabości. Najlepiej w ogóle nie poruszaj tego tematu. Nie wolno ci rozmawiać z nikim, poza mną oczywiście, o stanie komendanta. No i możesz rozmawiać o tym z komendantem, o ile sam sobie tego zażyczy.
Cullen uniósł się niespodziewanie i Telyn nie wiedziała, co powinna zrobić, bo mężczyzna niemal wyszarpnął szufladę z biurka. Wysypało się z niej kilka rzeczy, a zaskoczona elfka nie potrafiła w żaden sposób zareagować, próbując łapać to, co leciało w stronę podłogi. Chwyciła właśnie drewnianą skrzyneczkę, którą komendant natychmiast próbował wyrwać jej z rąk.
— Komendancie Rutherford? — zapytała, nie wiedząc, co się właściwie działo.
— Daj mi to! — krzyknął.
Telyn odsunęła się od niego nieznacznie. Przez lekko uchylone wieko zauważyła kilka szkiełek wypełnionych po brzegi niebieskim płynem.
Ale najważniejsze jest to, by wytrwał w swym postanowieniu. Cullen nie może wziąć lyrium. Masz zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić, czy to dla ciebie jasne?
— Nie — odparła spokojnie. — Nie może pan tego dostać, komendancie — powiedziała, zamykając szkatułkę i odstawiając ją za siebie.
— Masz mi to natychmiast dać — warknął, unosząc się na klęczki, ale Telyn nadal blokowała mu drogę.
Widząc, że nie miała zamiaru ustąpić, wyciągnął do niej rękę, a kiedy i ją zablokowała, szarpnął się, wolną dłoń zaciskając w pięść, by wymierzyć cios w twarz elfki. Widocznie ją zamroczyło, więc skorzystał z okazji, by sięgnąć po swoją własność. Już zdążył złapać jedną z fiolek, kiedy dłoń Telyn opadła na jego nadgarstek, zaciskając się na nim mocno. Stanowczo odsunęła jego rękę od szkatułki, niechcący ją przy tym przewracając, i przez chwilę siłowała się ze znacznie silniejszym od niej komendantem. Drugą dłonią sięgnęła w stronę jego palców, chcąc wyciągnąć z nich fiolkę, ale mężczyzna w efekcie ścisnął mocniej dłoń i szkło pękło, roztrzaskując się na kilka kawałków. Telyn wciągnęła szybciej powietrze, ale poza krótką reakcją na nagły ból pozostała spokojna. Cullen z kolei wyszedł z tego starcia bez szwanku, bo jego dłoń osłaniała skórzana rękawica.
Dopiero gdy zauważył ściekającą po jej ręce krew, zdołał się opamiętać. Jęknął coś niezrozumiale i na powrót zapadł się w ciemności.
Uchylił zlepione powieki. Z pewnością leżał właśnie na ziemi, ale głowę ułożoną miał na czymś miękkim i ciepłym. Podniósł wzrok i niemal krzyknął, napotykając na spojrzenie pustych oczu Telyn. Zaraz się jednak opamiętał, zaciskając na moment powieki, chcąc otrzeźwić umysł.
— Na oddech Stwórcy — mruknął, podnosząc się powoli.
Asekurujące dłonie elfki pomogły mu unieść się do siadu. Dopiero, kiedy upewnił się, że nie runie lada chwila, spojrzał na wpatrującą się w niego w milczeniu Telyn. Coś ścisnęło jego wnętrzności, gdy zdał sobie sprawę, że miała rozciętą wargę, zaczerwieniony policzek, a z dłoni, którą lekko zaciskała, nadal ściekała krew.
— Stwórco, co ja zrobiłem… Przepraszam — powiedział zdruzgotany.
— Nie szkodzi — odparła bez wyrzutu, podążając za jego spojrzeniem w kierunku zranionej skóry.
Cullen tymczasem rozejrzał się po pomieszczeniu. Jedna z szuflad jego biurka została wysunięta, a jej zawartość rozsypała się po podłodze. Telyn nieoczekiwanie wstała, zabierając się do sprzątania tego bałaganu. Wśród ogólnego rozgardiaszu zauważył to, czego bał się najbardziej. Szkatułkę z lyrium; otwartą, bo wysypało się z niej kilka fiolek. Ze strachem spostrzegł, że jedna, nie dość, że pęknięta, była pusta.
— Telyn — wychrypiał jej imię, powoli zwróciła na niego spojrzenie, przerywając na moment wykonywaną właśnie czynność. — Czy ja… dałaś mi lyrium? — zapytał z bólem, wiedząc, że każdy wyciszony robił dokładnie to, o co się go poprosiło.
Jeśli kazał jej podać fiolkę… ale dlaczego w takim razie ją pobił?
— Nie — odpowiedziała spokojnie, jakby rozmawiali właśnie o pogodzie.
Obojętność wyciszonych zawsze go przerażała.
— Nie? — powtórzył szeptem.
— Nie, nie podałam panu lyrium — doprecyzowała, spoglądając na niego bez emocji. — Nie zażył go pan. Czy to źle? — zapytała jeszcze, choć w jej głosie nie dało się czuć ani krzty zwątpienia.
— Ja… nie. To dobrze, bardzo dobrze — mruknął. — Nigdy mi go nie podawaj, choćbym błagał.
— Oczywiście — zgodziła się, wracając do pracy.
— Nie chciałem cię skrzywdzić — powiedział ze skruchą, ale Telyn w ogóle nie zareagowała. — Telyn…
Zatrzymała się, czekając na kolejne jego polecenie lub pytanie. Wstał z trudem, stękając ciężko i podszedł do nieco zdezorientowanej elfki.
— Chodź, trzeba to opatrzyć — mruknął, ujmując jej krwawiącą dłoń.
Bez sprzeciwu pozwoliła posadzić się na fotelu, podczas gdy Cullen sięgnął po skrawek czystego materiału i nasączył go alkoholem, bo nic innego przy sobie nie miał.
— Zapiecze — poinformował, nie chcąc jej spłoszyć, choć zastanawiał się, czy w ogóle istniała możliwość, by wyciszonego w jakikolwiek sposób przestraszyć.
Dłoń Telyn zadrżała lekko, kiedy dotknął rany wilgotnym materiałem, ale poza tym elfka nie zareagowała w żaden inny sposób. Na szczęście nie wyglądało na to, by szkło utkwiło w rozcięciu – dziękował za to Stwórcy, bo nie miałby jak go wyciągnąć. Kiedy oczyścił ranę, z zadowoleniem stwierdził, że krew powoli zasychała, więc uniósł wzrok, spoglądając na rozcięte usta. Elfka wpatrywała się w niego uważnie. Był ciekaw, czy jeśli dotknie jej ust, chcąc je trochę oczyścić, wywoła na jej twarzy jakąkolwiek reakcję. Jednak kiedy tylko poczuła pieczenie, dolna warga drgnęła lekko i, jak poprzednio, Telyn nie zareagowała w żaden inny sposób.
— Zaczerwienienie zaraz zniknie — mruknął już bardziej do siebie, zastanawiając się, czy nie skrzywdził jej poważniej.
Z jednej strony zastanawiał się, czy powinna z nim przebywać. Uderzył ją, a przecież mogło dojść do czegoś gorszego! W dodatku nie zdawała sobie sprawy z tego, że w ogóle ją skrzywdził – albo zdawała, ale mimo wszystko to ignorowała. Westchnął ciężko, bo z drugiej, gdyby jej nie było, pewnie opróżniłby jedną, jeśli nie więcej, fiolkę.
Spojrzał na nią, kiedy ostrożnie zabrała się do sprzątania z podłogi szkła, szkatułki i innych rzeczy, które wypadły z szuflady. Evelyn miała rację. Potrzebował jej. Musiał tylko zrobić coś, by kolejny raz nie doszło do sytuacji, w której mógłby ją skrzywdzić.
Ku jego zaskoczeniu Telyn, kiedy on zasiadł w końcu do letniego jeszcze obiadu, gdy skończyła sprzątać, otworzyła drzwi, które musiała wcześniej zamknąć. W dziwny sposób ujęło go to, że pomyślała o tym, by nikt nie wszedł do gabinetu, kiedy on kulił się na podłodze.
Dopiero po chwili dotarło do niego, że elfka skutecznie odwróciła jego uwagę od złego samopoczucia i niemal nie zwracał uwagi na słabnący już ból głowy, a wcześniejsza suchość w ustach zdawała się w ogóle mu nie przeszkadzać.
Nagle zatrzymała się przed jego biurkiem, przyglądając się rozłożonym na nim dokumentom. Potem spojrzała na niego, jakby zastanawiała się, czy powinna go o coś zapytać, przerywając tym samym jego posiłek.
— Czy powinnam posegregować dokumenty? — zapytała w końcu, wpatrując się w niego bez wyrazu.
— Możesz, jeśli chcesz — rzucił.
Telyn w skupieniu zaczęła przekładać kolejne kartki. Cullen przyglądał się temu uważnie, gotów zareagować, gdyby zrobiła coś niepoprawnie, ale porządek, który wprowadzała w papierach, zaskakująco mu odpowiadał. Szybko spostrzegł, że najbliżej niego ułożyła dokumenty, które, o dziwo, faktycznie wymagały tego, by jak najszybciej poświęcić im odrobinę uwagi, a dalej odkładała raporty, potem kolejne listy zaopatrzeniowe oraz korespondencję. To, na czym znalazł się jego podpis, zabrała ze sobą.
— Skończyłam — oznajmiła, nie puszczając przejrzanych już dokumentów.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale drzwi do gabinetu komendanta otworzyły się z rozmachem.
— Dzień dobry — przywitała się Inkwiyztorka, uśmiechając się, gdy zastała Cullena kończącego posiłek. — Cóż za niespodziewany widok — zaśmiała się. — Telyn już zdążyła przewrócić twój świat do góry nogami? — zdziwiła się, oglądając posprzątane pomieszczenie.
— Wasza czcigodność — powitała ją Telyn, skłaniając lekko głowę.
— Cóż, na to wygląda — zakłopotał się komendant.
— Wpadłam zobaczyć, jak sobie radzicie — poinformowała Evelyn i skinęła dłonią na elfkę, by się wyprostowała. — Na miłość Stwórcy, Telyn, co ci się stało? — zapytała przestraszona, a potem posłała Cullenowi pytające spojrzenie.
Prawie zakrztusił się przełykanym właśnie kawałkiem mięsa, ale Telyn ubiegła go w odpowiedzi:
— Upadłam, wasza czcigodność — oznajmiła bez zająknięcia. — Komendant Rutherford mi pomógł — poinformowała spokojnie.
Inkwizytorka Trevelyan zerknęła jeszcze na Telyn, jakby sprawdzała, czy takie obrażenia faktycznie mogły powstać w wyniku upadku. Cullen zauważył, że elfka zacisnęła dłoń, by nie było widać zranienia, podczas gdy Evelyn spojrzała na niego, czekając na reakcję, ale komendant skinął tylko głową, zgadzając się ze słowami elfki.
— Musisz na siebie bardziej uważać, Telyn — poradziła jej Inkwizytorka, a potem zwróciła się do komendanta: — I jak? Dobrze się sprawuje? Pomaga?
— Pomaga, nawet bardzo — powiedział, uśmiechając się w stronę niewzruszonej elfki.
Ku jego zaskoczeniu w odpowiedzi skinęła głową. Cóż, zawsze to lepsza reakcja niż zupełny brak reakcji.
Na szczęście Evelyn nie zadawała więcej pytań i wkrótce pożegnała się, informując, że rankiem wyjeżdża na Sztormowe Wybrzeże, a następnie wyszła, zostawiając go samego z elfką. Wpatrywali się w siebie przez chwilę w zupełnym milczeniu, aż Telyn spojrzała w stronę świec.
— Zapalę — zaproponowała, sięgając po zawieszone przy pasku krzesiwo.
Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że zaczęło się ściemniać.
— Dość już dziś pomogłaś — poinformował, kiedy płomień świecy oświetlił pomieszczenie. — Powinnaś odpocząć, wyspać się — mruknął.
— Mam wrócić rano? — zapytała, wpatrując się w niego wyczekująco. — Inkwizytor Trevelyan powiedziała, że jeśli będę przeszkadzać…
— Nie przeszkadzasz — zapewnił natychmiast. — Masz wrócić rano.

***

Tej nocy mimo wszystko nie spał za dobrze. Przeszłość nawiedzała go co najmniej kilkukrotnie i to niekoniecznie w snach. Bo kiedy już udało mu się wybudzić z paskudnego koszmaru, nadal rozmyślał. Wiedział, że rankiem będzie niewyspany, dlatego nawet cieszył się na myśl, że Telyn pomoże mu przy codziennych obowiązkach. Kiedy ją odsyłał, przyłapał się na tym, że naprawdę było mu przykro przez to, co ją spotkało.
Nie wydawała się groźna, bo właściwie żaden wyciszony nie wydawał się groźny, ale, patrząc na nią obiektywnie, w życiu nie powiedziałby, żeby w jej przypadku wyciszenie naprawdę było konieczne. Doskonale zdawał sobie sprawę, że templariusze nadużywali tego „przywileju”. Oczywiście pozory czasami myliły. Wystarczyło przecież spojrzeć na Inkwizytor Trevelyan; pod ładną buzią kryła się groźna magini potrafiąca w mgnieniu oka wymordować niewielki oddział za pomocą śmiercionośnych zaklęć.
Ale Telyn musiała żyć wcześniej w swoim klanie. W jaki sposób trafiła w ręce templariuszy? Poczuł dziwną potrzebę dowiedzenia się czegoś o jej przeszłości, ale, mimo szczerych zapewnień Minaeve, wątpił, ty Telyn podzieliła się z nim szczególnie istotnymi informacjami. Wyglądała na bardzo młodą, już wcześniej założył, że mogła mieć maksymalnie dwadzieścia pięć lat… czekało na nią całe życie, które templariusze zwyczajnie jej odebrali. Takie działania mógł umieścić na kolejnym miejscu listy powodów, przez które odszedł z Zakonu.
O tym, że zaspał, dowiedział się, gdy obudził się, słysząc stonowany głos elfki stojącej w jego gabinecie. Ubrał się czym prędzej i chciał do niej dołączyć, nieco zawstydzony tym, że spóźnił się do pracy, ale, kiedy w końcu stanął w swoim gabinecie, zdał sobie sprawę, że Telyn w nim nie było. Podumał jeszcze chwilę, zastanawiając się, jakim cudem mogła tak szybko wyjść, jednak ku jego zaskoczeniu wróciła jeszcze szybciej, niosąc tacę z przygotowanym dla niego śniadaniem i świeżo zaparzoną herbatą.
— Dzień dobry, komendancie. Zaspał pan na śniadanie — powitała go. — Pomyślałam, że przyniosę je panu do gabinetu — powiedziała, spoglądając krótko na tacę.
Cullen uśmiechnął się do elfki łagodnie, odbierając tacę z jej rąk.
— Dziękuję, jesteś niezastąpiona — mruknął, czując, jak głód ścisnął mu żołądek, choć wiedział, że te słowa i tak jej nie obejdą.
W rzeczywistości jemu samemu było naprawdę miło ze świadomością, że był przy nim ktoś, kto tak bezinteresownie mu pomagał. Nawet jeśli robiła to nie do końca świadomie. Jeszcze wczoraj nie spodziewał się, że Telyn okaże się aż tak przydatna i że w ogóle będzie chciał z nią pracować.
— Telyn? — powiedział do niej jeszcze, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. — Powiedz mi, dlaczego wczoraj okłamałaś Inkwizytorkę? — zapytał, kiedy odwróciła ku niemu głowę.
Przez chwilę milczała, wpatrując się w niego nienaturalnie dużymi szarozielonymi oczami, co wywołało u niego lekkie uczucie niepokoju. Myślał, że odpowie od razu.
— Źle postąpiłam? — zapytała spokojnie.
— Nie, nie, skądże. Jestem za to bardzo wdzięczny… — Rozmasował kark, zaciskając lekko usta. — Po prostu chciałem wiedzieć, dlaczego to zrobiłaś.
— Rozmawiałam z poszukiwaczką Pentaghast — poinformowała zdawkowo. — Powiedziała mi, że czułby się pan niekomfortowo, martwiąc Inkwizytorkę — doprecyzowała, widząc brak zrozumienia malujący się na jego twarzy. — Nie rozumiem, w jaki sposób miałoby to panu pomóc, ale skoro z tego powodu czuje się pan lepiej — powiedziała obojętnie, wpatrując się w niego intensywnie. — Pomyślałam, że mogę to dla pana zrobić.
Był niemal w stu procentach pewny, że nie miała pojęcia, jak bardzo dotknęła go tymi słowami. Spoglądała na niego, czekając na jakąś odpowiedź, ale nie potrafił wydusić z siebie choć słowa.
— Czy mogę zająć się podpisanymi przez pana dokumentami? — zapytała, uznawszy, że Cullen nie miał jej już nic do powiedzenia.
— Tak, możesz, oczywiście — wykrztusił tylko, przypominając sobie, że poprzedniego dnia faktycznie nie zdążyła się za to zabrać.
Zostawiła go samego z milionem myśli bijących się w głowie. Nigdy by nie pomyślał, że wyciszony byłby zdolny do skłamania, by kogoś chronić. Pewnie, gdyby Evelyn postanowiła drążyć temat, prawda w końcu wypłynęłaby na wierzch, ale i tak był wdzięczny Telyn za to, co dla niego zrobiła. Właściwie Minaeve wspominała mu, że wiele zachowań wyciszonego zależało od tego, jaki był przed wyciszeniem. Jeśli Telyn przed rytuałem była opiekuńcza i starała się być pomocna, to teraz, nawet nie posiadając uczuć, podświadomie starała się być dobra.
W spokoju zajął się swoimi sprawami, oczekując na powrót elfki. Zaczął się martwić, kiedy długo nie wracała. Wiedział, że musiała roznieść zaległe raporty wielu osobom, ale nie spodziewał się, by zajęło jej to więcej niż pół godziny. Tymczasem nie było jej od ponad półtorej, więc zastanowił się, czy nie powinien jej szukać. Zerknął niepewnie na kolejne dokumenty przyniesione przed momentem przez jednego z posłańców i ostatecznie zdecydował, że coś jednak musiało się stać, skoro tak długo nie wracała.
Szedł szybko gnany uczuciem silnego niepokoju. Dziwne przeczucie zwykle go nie zawodziło, dlatego szybko przeanalizował ścieżkę, jaką mogła obrać elfka, by roznieść wszystkim dokumenty. Pamiętał, że te zaadresowane do Josephine miała na samym wierzchu. Pewnie najpierw odwiedziła ambasadorkę i szpiegmistrzynię, a potem rozniosła resztę raportów do osób znajdujących się poza głównym budynkiem twierdzy. Blackwall, Solas oraz Kasandra towarzyszyli Inkwizytorce w wyprawie, więc do tych osób na pewno się nie udała. Później, jeśli coś nie stało się jej w głównym gmachu, pewnie przeszła do Żelaznego Byka, Cole’a i Sery.
— Widziałeś gdzieś moją asystentkę? — zagadnął przechodzącego żołnierza. — Ciemnowłosa elfka z tatuażem na twarzy — powiedział, widząc niepewność na twarzy mężczyzny. — Wyciszona.
— Ach… — wydusił tamten. — Tak, wychodziła niedawno z sali tronowej. Udała się w stronę karczmy — poinformował, wskazując na odpowiedni budynek.
Podziękował krótko, ruszając czym prędzej we wskazaną stronę. Uczucie niepokoju nasiliło się, gdy pomyślał, do kogo mogła udać się Telyn. Cole’a nie podejrzewał o nic złego, Żelaznego Byka również. Dlatego nie zdziwił się specjalnie, kiedy wszedł do karczmy, a Qunari podbródkiem wskazał mu piętro i pokręcił krótko głową. Cullen w kilku większych krokach pokonał schody prowadzące na górę i od razu skręcił w lewo, by jak najszybciej dotrzeć do pomieszczenia okupowanego przez Serę. Po chwili usłyszał stukot upuszczanego przedmiotu i śmiech Sery.
— Podnieś… — Po chwili przedmiot upadł kolejny raz. — Ups, ale ja niezdarna, musisz to podnieść!
— Czyś ty zwariowała?! — ryknął od progu, nie kłopocząc się pukaniem, wszak drzwi były uchylone.
Telyn spojrzała na niego bezrozumnym spojrzeniem, ściskając w ręku książkę, którą zapewne upuszczała Sera.
— Przyszedł twój komendant-ciasne portki — zaśmiała się Sera, a Telyn zerknęła na nią bez wyrazu, podając jej bez słowa książkę.
Sera złapała ją, a potem upuściła ponownie. Wzrok wyciszonej podążył za przedmiotem i już chciała się schylić, ale Cullen zacisnął rękę na jej ramieniu.
— Telyn, nie — powiedział spokojnie, czując dziwny ucisk w żołądku.
— Nie? — powtórzyła, zatrzymawszy się wpół ruchu z ręką nadal wyciągniętą w stronę ciężkiego woluminu.
Komendant pokręcił głową.
— Bawi się twoim kosztem — mruknął poirytowany.
— Próbuję ją trochę rozruszać! — parsknęła oburzona Sera.
— Ona tego nie rozumie! — fuknął w jej stronę Cullen. — To moja asystentka — warknął, przechodząc o krok w stronę łuczniczki. — Masz traktować ją z należytym szacunkiem. Jeśli dowiem się, że w jakikolwiek sposób się jej naprzykrzasz, wyciągnę z tego konsekwencje.
— Jej i tak to nie przeszkadza — żachnęła się, zakładając ręce na piersi i wydymając usta.
— Ale mnie owszem — wycedził, a potem zwrócił się do Telyn: — Chodź, idziemy.
Elfka rzuciła jeszcze jedno, krótkie, pozbawione emocji spojrzenie Serze, a potem posłusznie podreptała za komendantem.
— Nie możesz dawać się wykorzystywać — mruknął, nawet na nią nie patrząc.
— Chciałam pomóc — odparła bez emocji, wpatrując się w jego plecy.
— Wiem — powiedział zrezygnowany. — Musisz nauczyć się rozróżniać, kiedy ktoś stara się ciebie wykorzystać, a kiedy naprawdę prosi o pomoc.
— Sera nie chciała mojej pomocy?
Westchnął ciężko, marszcząc brwi, ale zaraz stanął jak wryty, widząc przed sobą Cole’a. Niespodziewająca się niczego Telyn weszła w jego plecy, od których się odbiła i upadła na podłogę. Tymczasem chłopak wychylił się zza Cullena, wlepiając swe rybie oczy w elfkę. Potem spojrzał na zdezorientowanego komendanta, przechylając głowę.
— Próbuję pomóc, ale nie potrafę. Milcząca, niezrozumiana, prawie nierealna. A jednak jest. Cierpi, ale tego nie czuje. Pomaga, opiekuje się, ale nie mogę dać nic w zamian. Nie obwiniaj się, nie powinieneś. Bo ona niczego nie oczekuje.
Spojrzał krótko na Telyn, a potem chciał zapytać o coś Cole’a, ale chłopak rozpłynął się w powietrzu.
— Nie pomagasz — mruknął w przestrzeń.
— Nie pomagam? — powtórzyła za nim Telyn.
Cullen wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wstać.
— Nie mówiłem do ciebie. — Uśmiechnął się słabo. — Ty bardzo mi pomagasz. Ale nie powinnaś znikać na tak długo bez uprzedzenia.
— Przepraszam — odparła bez wyrzutu, gdy udało się jej wstać.