wtorek, 25 października 2016

Wyciszona: IV

Cullen przeszedł po schodach, raz czy dwa zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy Telyn nadal za nim szła. Jeszcze w klanie musiała opanować sztukę skradania się. Elfy były znane ze swoich polowań, więc pewnie podświadomie poruszała się w ten sposób. Czasem ciekawiło go, czym kierowała się Minaeve, przydzielając ją do niego. Stwórca jeden raczył to wiedzieć, ale chyba nie mogli trafić lepiej.
— Więzień już czeka, komendancie — poinformował strażnik, otwierając przed nim drzwi i przepuszczając ich w przejściu.
— Zostawcie nas samych — nakazał strażnikowi i pilnującym Andersa templariuszom.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, ale zaraz zasalutowali krótko i odeszli.
— Kapitan Cullen — powitał go zmęczonym głosem apostata. — Kogo ze sobą przyprowadziłeś?
— Moją asystentkę, Telyn — poinformował, żeby Anders nie czuł się zagrożony.
— Nie czuję jej. Jest wyciszona — wyszeptał, wpatrując się w półmrok, w którym zatrzymała się elfka. — To nie twoja asystentka, to twój więzień — dodał pogardliwie.
— Nie ja ją wyciszyłem — mruknął zniesmaczony. — Uwierz, gdyby to ode mnie zależało… — urwał, spoglądając na elfkę, która czekała na jego znak, by zacząć notować.
— To co? Oddałbyś jej uczucia? Marzenia? Sny? — parsknął apostata.
Cullen zacisnął usta, przyglądając mu się z wściekłością.
— Nie przyszedłem tutaj dyskutować o mojej asystentce — upomniał go.
— Oczywiście, panie kapitanie. Odważny jesteś, skoro odwołałeś swoich żołnierzy — fuknął.
— Pewnie nikt cię nie poinformował, ale odszedłem z Zakonu — mruknął, a potem skinął głową na Telyn.
— Och, właśnie zyskałeś w moich oczach — zaśmiał się Anders.
— Jesteś oskarżony o świadome działanie na szkodę Zakonowi, zamordowanie wielu niewinnych templariuszy, magów, przelanie krwi wielu mieszkańców Kirkwall, wysadzenie w powietrze świątyni wraz z kapłanką… — wyliczał.
— Znam listę zarzutów. Sebastian czyta mi ją do snu każdego wieczora — parsknął, a jego skóra zajaśniała bladoniebieskim światłem.
— Trzymaj swojego uduchowionego przyjaciela na smyczy — zagroził mu Cullen. — Odprawienie templariuszy miało pokazać, że daję ci szansę.
Nie zauważył tego, ale Telyn cofnęła się o pół kroku, przyglądając się Andersowi w milczeniu.
— Pluję na twoją łaskę! — warknął Anders, napinając łańcuchy. — Może i odszedłeś z Zakonu, ale twoja mentalność w nim pozostała.
— Mnie żaden duch zemsty nie kazał wymordować kilkudziesięciu cywili — odwarknął, ale zaraz skarcił się w myślach.
Dał się sprowokować. Wiedział, jak bardzo było to nieprofesjonalne, ale nie mógł nic na to poradzić. Zerwał z Zakonem. Na dobre. Nikt nie miał prawa mówić mu, że było inaczej. Szczególnie ktoś taki jak Anders.
— Poświęciłem ich w imię większego dobra! — ryknął, a pęknięcia na jego skórze poszerzyły się, odkrywając błękit pustki. — Co ktoś taki jak ty może o tym wiedzieć!
Cullen sam cofnął się nieznacznie, a potem usłyszał szelest kartek i dźwięk stłuczonego kałamarza. Natychmiast obejrzał się na Telyn, która upadła i właśnie z przerażeniem odciśniętym na twarzy odczołgiwała się tyłem, rozglądając się po pomieszczeniu.
— Co się stało? — wydusiła przez ściśnięte gardło, spoglądając na Cullena i ciężko oddychając. — Pustka… jest tak blisko… — wyszeptała rozpaczliwie, sięgając do głowy. — Nie pozwól im, nie możesz — zachłysnęła się powietrzem, a łzy popłynęły po jej twarzy. — Proszę! Musisz mnie zabić, ja… nie — urwała, dławiąc się szlochem. — Nie chcę już!
Drżącymi palcami sięgnęła jego spodni, wczepiła się w nie, unosząc się lekko. Wpatrywała się w niego wielkimi, załzawionymi oczami, w których pierwszy raz widział jakiekolwiek emocje, w dodatku te najgorsze.
— Cullen… — wyłkała jego imię. — To wraca!
Słowa uwięzły mu w gardle, kiedy patrzył na nią w przerażeniu. Nie potrafił poruszyć się choć o centymetr, kiedy uwiesiła się na jego nogach. Czuł, że powinien jej pomóc, ale nie potrafił. Nie mógł jej przecież tak po prostu zabić!
— Widzisz teraz, jaki wspaniały jest wasz rytuał wyciszenia! — ryknął Anders, napinając łańcuchy, które zatrzeszczały tak, jakby miały zaraz pęknąć. — Zabij ją albo sam to zrobię!
Łańcuchy pękły, strop zatrząsnął się głucho i magiczny pocisk poszybował w stronę przerażonej Telyn. Komendant nie myślał długo, po prostu pochylił się, obejmując elfkę z całych sił tak, by przyjąć atak Andersa na plecy. Mimo że nosił zbroję, czuł palący go magiczny ogień. Syknął głucho, upadając z Dalijką, przygważdżając ją do kamiennej posadzki. Jęknęła coś niezrozumiale i wydostała rękę ponad ramię Cullena.
Poczuł szarpnięcie magii ponad swoją głową. Tym razem było ono inne, zupełnie różne od tego, czym posługiwał się Anders. Przerażony uchylił powieki i spostrzegł ciemnoniebieską tarczę, która osłaniała ich obu. Templariusze, zaalarmowani hałasami dobiegającymi z pomieszczenia, wpadli do środka. Cullen zdążył posłać Telyn jeszcze jedno zdezorientowane spojrzenie.
Uśmiechnęła się słabo przez łzy, a ręka zadrżała i opadła całkowicie.
— Dasz radę — wyszeptała, zanim jej oczy zamknęły się powoli.

***

Solas odesłał go do siebie, ale i tak nie mógł zasnąć. Nie po tym, co widział. Nie po tym, co mu powiedziała, jak na niego patrzyła. Nie rany na plecach, a paskudne poczucie winy paliło go najbardziej. Varrik powiedział mu, że kiedyś był świadkiem tego, jak Anders przypadkiem „ściągnął” jednego z wyciszonych z powrotem, ale nie trwało to długo, bo szybko wrócił do poprzedniego stanu. Krasnolud poradził mu jeszcze, by nie robił sobie nadziei na to, że kiedy Telyn otworzy oczy, będzie inaczej.
Ale skoro ten pieprzony apostata ściągnął ją na wtedy, to odwrócenie procesu wyciszenia mogło być możliwe. Musiał porozmawiać o tym z Poszukiwaczką Pentaghast. W końcu to Poszukiwacze Prawdy stworzyli rytuał wyciszenia.
Wiedziony tą nadzieją zasnął z koszmarnym bólem głowy. Wiedział, że i tej nocy mógł śnić koszmary, ale nie spodziewał się ujrzeć w nich Telyn. Jej szarozielone oczy… spojrzenie, jakie mu posłała – pełne strachu i bólu – ciągle do niego wracało. Nie potrafił tak po prostu przejść nad tym do porządku.
Obudził się z krzykiem na ustach oraz zlany zimnym potem. Nie potrafił jej pomóc wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Drżał na całym ciele, choć w sypialni było ciepło.
— Stwórco, nie każ mi patrzeć na to znowu — wyszeptał, przyciskając palce do skroni.
Podniósł się do siadu i zsunął nogi z łóżka, czując bolesny skurcz przechodzący przez łydkę. Zignorował ból, podnosząc się z cichym stęknięciem. Wiedział, że i tak nie miał szans na zażycie choć odrobiny snu.
Ubrał się i zszedł po drabinie. Rozejrzał się po gabinecie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby się zająć, ale kiedy Solas wysłał go do siebie, praca pochłonęła go tak bardzo, że zdążył poradzić sobie ze wszystkim w pojedynkę.
Często łapał się na tym, że podnosił wzrok, szukając Telyn, ale zaraz z zawodem odkrywał, że nie było jej w pobliżu.
Ukrył twarz w dłoniach i potarł ją, próbując się rozbudzić. Musiał do niej zajrzeć, chociaż na moment. Nerwowym krokiem wyszedł na blanki i przeszedł do głównego gmachu Podniebnej Twierdzy. Solasa nie zastał w jego komnacie, dlatego od razu udał się na piętro, chcąc przejść do pokoju, w którym Evelyn na stałe umieściła Telyn. Nie spodziewał się tylko tego, że to właśnie Inkwizytorka zagrodzi mu drogę.
— Znowu do niej idziesz — stwierdziła, zakładając ręce na piersi. — Nadal jest nieprzytomna. Mówiłam ci, że dowiesz się pierwszy, jeśli się obudzi — przypomniała mu, kręcąc głową.
— Prawie przeze mnie zginęła… — zaczął ponownie.
— Ty też. I przez własną głupotę, i przez to, że potem zgrywałeś bohatera — skarciła go. — Powinieneś myśleć najpierw o sobie — poleciła mu, mrużąc oczy.
— Ona tam jest! — wyszeptał wściekle. — To da się odwrócić! Templariusze potwierdzili, widzieli to, co ja, Evelyn! — żachnął się. — Była świadoma, mówiła do mnie.
— Cios Andersa był silny, Cullenie — mruknęła, łapiąc go pod łokieć i prowadząc w przeciwną stronę.
Komendant rzucił jeszcze jedno pełne bólu spojrzenie w stronę drzwi, które dzieliły go od korytarza, z którego dostałby się do pokoju elfki.
— Mogło ci się przywidzieć, mogłeś chcieć to widzieć — zmartwiła się. — Myślę, że mogłeś przywiązać się do Telyn… za bardzo — zawyrokowała, patrząc na niego z troską.
— Nie oszalałem. Wiem, co widziałem — powtórzył, zmęczony kolejnymi tłumaczeniami.
— Telyn jest dla ciebie miła, bo ja jej to kazałam, Cullenie. Poleciłam jej, by się tobą opiekowała — ścisnęła jego ramię. — Ona nie potrafi odczuwać żalu czy współczucia, co tu mówić o przywiązaniu — przypomniała mu brutalnie. — Małpuje twoje zachowania, bo jest nauczona, by powtarzać to, co widzi. Powinieneś skupić się na ludziach, którym naprawdę na tobie zależy. — Uśmiechnęła się słabo, kiedy na nią spojrzał.
Dotknęła dłonią jego policzka, głaszcząc kciukiem skórę.
— Ma na ciebie zły wpływ — wyszeptała Evelyn. — Znajdziemy ci innego asystenta. Minaeve na pewno się zgodzi — zachęciła go.
— Nie chcę kogoś innego — powiedział twardo. — I rozumiem, co znaczy to, że jest wyciszona — dodał bezradnym głosem. — Po prostu się o nią martwię.
Zamknął oczy i zobaczył twarz Telyn. Jej różowe usta układające się w lekki uśmiech oraz łzy spływające po policzkach i skroniach, by w końcu zniknąć w ciemnych włosach. Byli w środku wywołanego przez Andersa chaosu, a on poczuł się dziwnie spokojny, kiedy powiedziała mu, że da radę. Wtedy naprawdę w to uwierzył, zapominając na moment, że jej kojący głos nie mógł ochronić go przed rozwścieczonym magiem.
— To już postanowione, Cullenie — powiedziała jednak Evelyn. — Nie będziesz pracował z Telyn.

***

Telyn wpatrywała się w stół, przy którym miała teraz pracować. Przez chwilę pomyślała, że Inkwizytorka mogła kłamać. W końcu Cullen nauczył ją, że można mówić nieprawdę, więc jeśli ona potrafiła, to inni pewnie też. A jeśli to komendant ją okłamywał? Jeśli wcale jej nie lubił?
Czuła w głowie dziwny mętlik. Było to dla niej uczucie tak obce, że nie potrafiła skupić się na pracy. Sięgnęła do szyi i zacisnęła palce na kluczu. Chyba powinna go zwrócić. Zamrugała, a potem odszukała wzrokiem znajomą twarz.
— Minaeve? — Podeszła do niej powoli.
— Tak, Telyn? — mruknęła, nie podnosząc na nią nawet wzroku.
Cullen zawsze na nią patrzył, kiedy rozmawiali.
— Mogę na chwilę wyjść? — zapytała spokojnie, wpatrując się w swoją przełożoną.
— A gdzie chcesz iść? — Minaeve w końcu podniosła na nią wzrok.
Telyn milczała przez chwilę. Czy jeśli powie prawdę, Minaeve pozwoli jej wyjść?
— Jestem głodna. Przyzwyczaiłam się do jadania obiadów o tej porze, kiedy pracowałam z komendantem Rutherfordem — oznajmiła bez zająknięcia.
Minaeve przez chwilę studiowała jej twarz, ale ostatecznie wyraziła zgodę.
Tajemnica – kolejna rzecz, której nauczył jej Cullen. Nikomu nie powiedział o tym, że umiała kłamać i dlatego sama nie podzieliła się z nikim tą informacją. Bez pośpiechu przemierzyła schody, ale zatrzymała się na samym ich końcu, przypominając sobie, że na parterze mieszkał Solas. Mógł ją wydać. Trudno. W razie pytań jego też okłamie.
Nie zastała go jednak w swej komnacie, więc minęła ją czym prędzej i wyszła na most prowadzący prosto do gabinetu komendanta Rutherforda. Zatrzymała się przed drzwiami i zapukała, wiedząc, że powinna zachowywać się oficjalnie, skoro już razem nie pracowali. Jednak zamiast głosu Cullena ktoś otworzył jej drzwi i minął ją w przejściu, zostawiając je uchylone. Szybko zorientowała się, że wyciszony, który obok niej przeszedł, musiał być nowym asystentem komendanta.
— Mogę wejść? — zapytała, wsuwając głowę między drzwi a framugę.
— Telyn! — zdziwił się Cullen, podnosząc się z miejsca. — Co ty tu robisz? Inkwizytorka nie powiedziała… Stwórco, nie stój w przejściu, wejdź.
Zamknęła za sobą drzwi, rozglądając się po gabinecie. Kilka książek leżało rozłożonych w różnych częściach pomieszczenia – z pewnością nie w takich miejscach, w jakich być powinny. Poza tym na biurku komendanta piętrzył się stos papierów i nie wyglądało na to, żeby tego dnia Cullenowi było dane coś zjeść.
— Przyszłam — oznajmiła nieco bezmyślnie. — Czy pan komendant już mnie nie lubi? — zapytała, przechylając głowę.
— Co? Lubię cię, kto ci naopowiadał takich rzeczy? — zmartwił się, zdawszy sobie sprawę, że wróciła do mówienia mu na „pan”. — Inkwizytor Trevelyan uznała, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy razem pracować — wytłumaczył.
Telyn nadal stała tuż przy drzwiach, wpatrując się w niego pustym spojrzeniem, jakby nie do końca rozumiała, co się właściwie działo i o czym rozmawiali.
— Mnie powiedziała, że już mnie nie chcesz — powiedziała ciszej.
Coś ścisnęło mu wszystkie wnętrzności i wycisnęło powietrze z płuc. Może i faktycznie powtarzała zaobserwowane u innych zachowania, ale w zaskakujący sposób wiedziała, kiedy oraz jakim powinna się posłużyć.
— Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział — zapewnił.
— Nie kłamiesz? — zapytała, nadal się w niego wpatrując.
— Nie śmiałbym, uratowałaś mi życie, kiedy Anders zaatakował — powiedział, przechodząc przed biurko.
Zmarszczyła brwi i opuściła spojrzenie, jakby próbowała wrócić wspomnieniami do tamtych chwil.
— Nie pamiętam tego — powiedziała, jakby było jej to zupełnie obojętne. — Przepraszam. Muszę już iść — oznajmiła, sięgając do szyi, by zdjąć z niej rzemyk, na którym zawiesiła klucz do szuflady. — Oddaję.
Coś ścisnęło mu gardło.
— Czy ty właśnie okłamałaś Minaeve, żeby tu przyjść? — zapytał półszeptem.
— Tak — odpowiedziała bez wahania.
— Ja… — Westchnął, rozmasowując kark. — Nie powinnaś tego robić. Inkwizytorka nie chce, żebyśmy się widywali — wyjaśnił, odbierając z jej dłoni klucz.
Stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w niego tak, jakby była trochę zakłopotana.
— Telyn, co czujesz? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
Nie odpowiadała, bo wiedziała, że nie może odpowiedzieć mu tego, co chciałby usłyszeć, a okłamać go nie potrafiła.
Cullen wydał z siebie dziwny dźwięk, jakby próbował zdusić szloch.
— Muszę już iść — powtórzyła obojętnie, odwracając się na pięcie.
Został sam, ściskając w ręku rzemień z zawieszonym na nim kluczem do szuflady z lyrium. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wściekły i bezsilny jednocześnie. Co, jeśli faktycznie wszystko sobie ubzdurał?

***

Kasandra zmarszczyła czoło, widząc przychodzącego do niej Cullena. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej i szczerze obawiała się, że miał kolejny atak, który coraz bardziej zbliżał go do granicy wytrzymałości. Dlatego bardzo zdziwiła się, kiedy padło pytanie:
— Jak odwrócić proces wyciszenia? — Nie odpowiedziała, wpatrując się w niego w lekkim szoku. — Nie rób ze mnie wariata, Kasandro — poprosił. — Wiem, co widziałem. Wyciszenie da się cofnąć. Oboje o tym wiemy.
— Da się — potwierdziła powoli, przypatrując mu się uważnie. — I wierzę ci, nigdy nie powiedziałam, że nie — dodała, założywszy ręce na piersi. — Nie rozumiem tylko, dlaczego tak bardzo zależy ci… — urwała, zdawszy sobie sprawę ze znaczenia słów, które wypowiedziała. — Darzysz ją niezdrowym uczuciem, powinieneś to urwać, zanim będzie za późno — poradziła mu, mrużąc oczy. — Nawet jeśli uda ci się przywrócić jej duszę Stwórcy, może nie odwzajemnić twoich uczuć. Powinieneś o tym wiedzieć.
— Nie straciłem dla niej głowy — powiedział twardo. — Naprawdę wiem, co znaczy to, że jest wyciszona — mruknął, choć niemal natychmiast przypomniał sobie tę chwilę, w której spojrzenie Telyn było w pełni świadome. — Po prostu jej spojrzenie, kiedy była przez moment świadoma…
Pokręcił głową.
Pamiętała wszystko, co razem robili, kiedy była wyciszoną. Pamiętała, jak się nim opiekowała. Powiedziała przecież, że da radę. I choć wszystkim dookoła wmawiał, że rozumiał, z czym wiązał się jej stan, nie potrafił wyrzucić z myśli uśmiechu, którym go obdarzyła. Za każdym razem, gdy o nim pomyślał, coś niesamowicie zimnego zsuwało mu się w dół przełyku, a w koniuszkach palców czuł dziwne mrowienie.
— Chcę jej pomóc — postanowił, marszcząc brwi. — Kiedy była świadoma, uratowała nam życie, choć to ja niepotrzebnie ją naraziłem. — Posłał Kasandrze półuśmiech.
— Idealizujesz ją w swoich myślach — powiedziała z rezygnacją. — Wiesz, że jeśli ten proces zostanie odwrócony, może być zupełnie inna od twoich wyobrażeń? Może nawet być… niestabilna psychicznie — zakończyła ostrzegawczo.
— Jestem tego świadom — powiedział pewnie, zakładając ręce na piersi. — Nie idealizuję jej, uwierz — mruknął, chociaż cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał mu, że to paskudne kłamstwo.
— Odwrócenie wyciszenia nie będzie łatwe i, bez urazy, nie nadasz się do tego, komendancie — powiedziała w końcu Kasandra, choć nadal uważnie go obserwowała. — Powiedziałabym nawet, że będziesz musiał poprosić o pomoc Solasa.
— Solasa? — zdziwił się.
— Tak, bo to on przyjaźni się z duchami — powiedziała powoli. — Twojej Telyn będzie potrzebny duch wiary, tylko jego… dotyk może odwrócić skutek wyciszenia.
— Przecież to praktycznie niemożliwe — wykrztusił, opuszczając w zawodzie ręce.
Kasandra wzruszyła ramionami.
— Nie mówiłam, że będzie łatwo — odparła.
Była w stu procentach przekonana, że zdeptała wszelkie jego nadzieje na możliwość pomocy Telyn. Jeszcze na chwilę wróciła wzrokiem do pisanego wcześniej raportu. I dobrze, powinien dać sobie spokój z tą elfką. Nie sądziła, że poważny komendant Inkwizycji mógł pozwolić zawrócić sobie w głowie z powodu ładnej buzi, w dodatku wyciszonej. Chociaż z drugiej strony nie dziwiła się temu, że lgnął do niej po tym, jak, może i nieświadomie, okazała mu trochę dobra, tym bardziej po tym, jak przez moment widział ją świadomą.
Wydała z siebie krótkie westchnienie frustracji. Będzie musiała porozmawiać z Solasem.

2 komentarze:

  1. O rany! No to się porobiło! Wiedziałam, że ta kanalia Anders namiesza, ale że aż tak? Choć nie powiem, żeby taki obrót sprawy mi nie odpowiadał ;) Stwierdzam bezapelacyjnie, że nie lubię Evelyn - zołza jedna :/ fajnie, ze nie poszłaś na łatwiznę i nie stworzyłaś typowego związku Cullen+Inkwizytorka :) Historia, którą piszesz, jest o wiele ciekawsza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Evelyn nie zawsze była zołzą, będzie coraz gorzej, ale kiedyś to wyjaśnię. ;) Cieszę się bardzo, że historia się podoba. :D

      Usuń