niedziela, 13 listopada 2016

Wyciszona: VI

Tak bardzo nie mam czasu na cokolwiek, że to nieprzyzwoite. Ech.

____________
Kończył jeść zimny obiad, kiedy jego pomocnik – nie wiedział, jak miał na imię, przestał nawet martwić się tym, że go nie pamiętał, bo wyciszony nie zwracał na to uwagi – był w połowie układania książek na regale. Wyciszony chłopak w swoich działaniach był bardzo wolny, Cullen powiedziałby nawet, że flegmatyczny. Momentami strasznie tęsknił za Telyn, już nawet nie dlatego, że ją polubił. Zwyczajnie bardziej mu się przydawała. I wolał sposób, w jaki wprowadzała porządek, bo był zaskakująco podobny do tego, który sam praktykował – o ile samemu udawało mu się do czegoś takiego doprowadzić.
Jego biurko kolejny raz było niemal niewidoczne spod sterty papierów, ale twardo udawał, że nadal miał wszystko pod kontrolą. Nie mógł przecież pokazać słabości. Co powiedzieliby żołnierze? Może powinien porozmawiać z Kasandrą? Nie, bóle były znośne. Musiał po prostu bardziej skupić się na pracy.
— Odnieś do kuchni — polecił, wskazując na naczynia po skończonym obiedzie.
Wyciszony spojrzał na niego nieco zagubionym spojrzeniem, jakby nie wiedział, czy da radę jednocześnie odnieść miskę do kuchni i nadal ustawiać książki na regale. Komendant westchnął ciężko.
— Później skończysz porządkować książki — mruknął zrezygnowany, sięgając po kolejny raport, gdy rozległo się pukanie. — Wejść — nakazał, wpatrując się w drzwi.
Zmarszczył czoło i mocniej zacisnął szczękę, gdy w progu zobaczył Evelyn. Cóż, zdecydowanie nie był na to przygotowany. Bał się tego, co mogło nadejść. Liczył na to, że Inkwizytorka długo nie zaszczyci go swoją obecnością.
— Cullenie — mruknęła czule, spoglądając na bałagan panujący na biurku. — Nie radzisz sobie, prawda? — zapytała zmartwiona, zakładając ręce na piersi; nie odpowiadał, więc ponowiła pytanie: — Prawda?
Westchnął ciężko, przeczesując włosy dłonią.
— Prawda — przyznał zrezygnowany.
Evelyn pokręciła głową, podeszła do biurka i przesunęła kilka i tak pomieszanych dokumentów, by przysiąść na blacie.
— Kiedy pracowałeś z Telyn, był tu większy porządek — zauważyła, ogarniając spojrzeniem pomieszczenie.
— To też prawda — zgodził się niechętnie.
— Będziesz chciał pracować z nią nadal, jeśli wróci? — zapytała nagle.
Cullen zamrugał szybko, nie rozumiejąc tego, o co pytała.
— Co to znaczy „jeśli wróci”?
Zimna pętla ścisnęła jego gardło. Faktycznie ostatnio nieco niepokoiło go to, że nie widywał jej, gdy o stałej porze powinna wybrać się na obiad, ale zawsze uspokajał się tym, że pewnie kolejny raz zmieniła nawyki.
— Och — zakłopotała się Evelyn. — Widzisz, bałam się, że mógłbyś żywić do Telyn niezdrowe uczucia — mruknęła. — Nie zrozum mnie źle. Nie chciałam, żebyś pozwolił się skrzywdzić — dodała pospiesznie, widząc, jak jego na jego twarz wstąpił grymas złości. — Ale teraz, kiedy się do siebie zbliżyliśmy, zrozumiałam, że się myliłam w swych osądach — powiedziała ciszej, sięgając do jego policzka, by pogłaskać go lekko. — Przepraszam, Cullenie. Wiem, że wyciszonego można polubić. Chciałam dobrze.
— Evelyn, nie możesz… — urwał nagle, nie wiedząc, czy był sens tłumaczenia jej tego kolejny raz. — Wiem, że chciałaś dobrze — uległ w końcu.
— Każę ją do ciebie przywrócić, kiedy tylko wrócą — zapewniła ze skruchą.
Jeśli wrócą — przypomniał jej gorzko. — Gdzie tak właściwie ją wysłałaś?
— Do szczeliny przy farmach na Zaziemiu — poinformowała cicho.
— Do tej, której nie byłaś w stanie zamknąć, bo było przy niej zbyt wiele demonów?! — wyrzucił, przypominając sobie raport. — Posłałaś ją na śmierć — warknął, odtrącając jej dłoń. — Po prostu w to nie wierzę.
— Cullen — mruknęła miękko, starając się go uspokoić.
— Wyjdź. Chcę być sam. Telyn ma wrócić — zażądał. — Ten wyciszony…
— Travis — wtrąciła się.
— Wszystko jedno — warknął. — Ma zniknąć. Nie da się z nim pracować.
Jego asystent nie wrócił już do końca dnia, za co Cullen był niesamowicie wdzięczny. Tym bardziej, że zapowiadało się na kolejną noc w towarzystwie męczących koszmarów oraz nawiedzającej go przeszłości. Zatrzasnął drzwi, ryglując je od wewnątrz, by nikt mu nie przeszkadzał. Może zdoła upić się na tyle, by nie być w stanie sięgnąć po lyrium.
Tak, ten pomysł zdecydowanie wydawał się warty wypróbowania.

Telyn nerwowo oblizała wargi, stojąc przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu komendanta. Z trudem opanowała nerwy, kiedy Inkwizytor Trevelyan wyszła im na powitanie, by poinformować ją o tym, że koniecznie musiała wrócić do pracy z Cullenem. Na szczęście sama była tak zdenerwowana, że najwyraźniej nie zauważyła głupiej miny, jaką zrobiła elfka i po prostu odeszła, zostawiając ją z tą informacją.
Jej towarzysze wymienili tylko porozumiewawcze spojrzenia, nie komentując sytuacji. Jedynie Varrik kazał się jej wyspać przed powrotem do pracy, a Kasandra wspomniała, że to do niej należał wybór, czy ujawni się przed Cullenem czy też nie. Pół nocy nie spała, zastanawiając się nad tym, co powinna zrobić. Ostatecznie zdecydowała, że przez jakiś czas i przed nim będzie udawać. Ujawnienie się po pewnym czasie wydawało się jej rozsądną opcją.
Zapukała krótko.
— Won! — usłyszała zachrypnięty głos mężczyzny i natychmiast zalała ją fala niepokoju.
— Komendancie Rutherford? — zapytała najbardziej obojętnym głosem, jakim tylko była w stanie.
Po tym pytaniu usłyszała szuranie, kilka krótkich szmerów, później coś przewróciło się z głuchym hukiem, a ostatecznie rygiel w drzwiach szczęknął cicho, odblokowując je natychmiast. Cullen otworzył jej drzwi, ale stał w przejściu, wpatrując się w nią tak, jakby właśnie zobaczył ducha.
Z trudem wytrzymała, nie pozwalając, by jej twarz zdradziła się grymasem smutku, kiedy go zobaczyła. Czuła od niego woń alkoholu, włosy miał poskręcane oraz potargane, oczy podkrążone i przekrwione, a usta spierzchnięte. Wpatrywała się w niego przez kilka chwil, modląc się do Mythal o to, by głos nie zawiódł jej, kiedy przemówi.
— Przyniosłam śniadanie — powiedziała spokojnie, choć odruchowo zacisnęła mocniej dłonie na rączkach od tacy.
Komendant nadal wpatrywał się w nią pełnym szoku, choć zmęczonym spojrzeniem.
— Nic… — wychrypiał, ale zaraz odchrząknął. — Nic ci nie jest? — powiedział już pewniej.
— Dlaczego miałoby mi coś być? — zapytała, starając się panować nad oddechem.
Cullen wpatrywał się w nią nieufnie, więc przechyliła głowę, jak często robiła to wcześniej, kiedy rozmawiali. Na ten widok kąciki jego ust powędrowały ku górze i Telyn z trudem powstrzymała się od odwzajemnienia uśmiechu. Zaraz jednak spochmurniał, spoglądając przez ramię.
Wykorzystała ten moment oraz to, że w porównaniu z nim była naprawdę drobna, by przecisnąć się między nim a drzwiami.
— Posprzątam — zaproponowała szybko, ale nie była przygotowana na to, co dane jej było zobaczyć.
Gdyby nie to, że oddech ugrzązł jej w piersi, pewnie wydałaby z siebie cichy jęk, spoglądając na przewrócone biurko i regał, walające się wszędzie książki oraz kilka opróżnionych butelek. Do pomieszczenia, w którym czuć było zaduch, wpadło trochę wiatru i jedna z butelek potoczyła się pod jej stopy. Spojrzała na nią krótko, a zimna bryła natychmiast zsunęła się na dno jej żołądka.
Odstawiła tacę na stołek, jedyny mebel, jaki nie został przewrócony, a potem zerknęła krótko na Cullena, który posłał jej pełne skruchy spojrzenie. Bez słowa podszedł jednak do biurka, by pomóc jej ustawić je w poprzedniej pozycji. Była mu niesamowicie wdzięczna za to, że milczał, bo nie wiedziała, czy teraz potrafiłaby wydusić z siebie choć słowo, które nie zdradziłoby jej obecnego stanu. Regał podniósł sam, więc w kojącej ciszy zabrała się za zbieranie rozrzuconych po gabinecie dokumentów.
— Komendancie… — zaczęła, ale zaraz jej przerwał:
— Cullen. Ustaliliśmy, że się lubimy — przypomniał jej słabym głosem.
— Tak, rzeczywiście — zgodziła się z ociąganiem. — Cullenie — poprawiła się, wpatrując się w niego możliwie neutralnie. — Odniosę tacę i polecę, by przygotowano dla ciebie kąpiel. — Bo misa z wodą tu nie wystarczy, dodała w myślach.
Zgodził się bez słowa, posłusznie kiwając głową, więc sięgnęła po tacę, by opuścić pomieszczenie. Zatrzymała się dopiero, gdy zamknęła za sobą drzwi. Dłonie jej drżały, a koniuszki palców pokrył magiczny szron. Musiała bardziej nad sobą panować, jeśli chciała, by nie wyczuł jej magii. W końcu był niegdyś templariuszem. Teraz nie zdradziła się tylko dlatego, że był w kiepskim stanie, ale kiedy dojdzie do siebie, będzie musiała się pilnować. Odetchnęła głęboko. Potrzebował pomocy, bardziej niż kiedyś. Nie mogła go przecież tak zostawić.
Z ulgą zdała sobie sprawę, że Cullen nie zdążył jeszcze wrócić, kiedy sama przekroczyła próg gabinetu. Nie wiedziała, jak długo będzie w stanie udawać, że nadal nic nie czuje. Bała się, że zbyt szybko ją przejrzy. Nie lubiła nosić w sobie tego rodzaju tajemnic, ale musiała go, cóż, poznać, zanim zdecyduje się przyznać.
Sięgnęła po leżącą na podłodze książkę, by tę i całą resztę ułożyć tak, jak robiła to już wcześniej. Nawet nie miała ochoty pytać, co działo się podczas jej nieobecności. Zwyczajnie nie chciała wiedzieć, bo bała się, że prawda mogłaby ją przerosnąć. Klucz do szuflady zabrał ze sobą, ale podejrzewała, że nie był w stanie tej nocy sięgnąć po lyrium, co jednocześnie ją przeraziło, ale i trochę pocieszyło. W końcu go nie wziął. Prawda?

***

Umył się i przebrał – przynajmniej nie śmierdział już jak żebrak z Denerim – ale nadal czuł się paskudnie. Miał strasznego kaca, nie dość, że wypił zdecydowanie więcej, niż powinien, to jeszcze męczył go ten moralny. Westchnął ciężko, popychając drzwi do gabinetu. Jakby tego było mało, brakowało mu lyrium tak bardzo, że z trudem szedł na wyprostowanych nogach. Raz czy dwa zachwiał się i miał tylko nadzieję, że nikt tego nie widział. Kąpiel miała też jednak jeden zasadniczy zły skutek. Woda była tak ciepła, że siedząc w niej, rozleniwił się na tyle, że stał się senny, a uczucie słabości wróciło ze zdwojoną siłą. Nie pomogło nawet syte śniadanie. Po prostu nie miał tego dnia sił.
Na moment zapomniał, że w jego gabinecie znajdowała się Telyn i stęknął głucho, kiedy tylko oparł się o dopiero zamknięte drzwi.
— Cullenie — powitała go, wpatrując się w niego uważnie dużymi, szarozielonymi oczyma.
Przez moment lub dwa miał wrażenie, że dostrzegł w jej wzroku coś… innego. Jakby zaciekawienie i kilka innych emocji, ale zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Uśmiechnął się blado, zdając sobie sprawę, że musiał być zmęczony tak bardzo, że umysł płatał mu figle. Marzył tylko o tym, by położyć się spać, ale czekało go tak wiele pracy.
— Powinieneś odpocząć — zawyrokowała nieoczekiwanie.
— Nie, Telyn, raporty… — zaczął, spoglądając w stronę biurka, na blacie którego wszystko posegregowano, ale natychmiast mu przerwała:
— Cullenie, przejrzałam wszystkie dokumenty. Raportów jest niewiele. Największa sterta to korespondencja, która nie wymaga natychmiastowej uwagi — poinformowała.
Nie odpowiadał przez chwilę, tak bardzo zdziwiła go dziwny ton nieznoszący sprzeciwu pobrzmiewający w jej głosie. Miał wrażenie, że coś się zmieniło, ale nie potrafił dokładnie tego określić, dlatego ponownie zrzucił wszystko na barki zmęczenia.
— Poinformuję wartowników, by nie przeszkadzali — dodała już swoim zwykłym głosem.
Tak, zdecydowanie był zmęczony i coś sobie ubzdurał.
— Niech będzie — zgodził się niechętnie, chociaż wyglądało na to, że Telyn już podjęła decyzję.
Może Evelyn kazała jej zwracać na jego stan więcej uwagi i zaleciła, by pilnowała tego, by się wysypiał? Nie wiedział. Nie chciał tego roztrząsać. W to, że nie miał aż tyle pracy, ile wcześniej myślał, uwierzył jej na słowo, dlatego cieszył się, że mógł jeszcze chwilę bezkarnie pospać.
— Obudzę cię, jeśli będziesz potrzebny — zapewniła go, a on posłał jej ciepły uśmiech.
Pomyślała, że w tym czasie sama trochę odpocznie. Najpierw usłyszała, jak wszedł na górę, później szczęk metalu uświadomił jej, że zdjął zbroję – w końcu dziwnie byłoby, gdyby spał w pełnym rynsztunku – dopiero po jakimś czasie przestała słyszeć jego krzątanie się po pomieszczeniu oraz późniejsze kręcenie się po łóżku. Spokój nie trwał jednak długo, bo po niecałej godzinie, kiedy ona w spokoju czytała jedną z jego książek dotyczącą taktyki bitewnej, jęknął coś niezrozumiale.
Telyn zamknęła tomiszcze, odkładając je na miejsce, nasłuchiwała. Dźwięk powtórzył się po chwili, tym razem dłuższy i jakby bardziej bolesny. Zacisnęła usta. Co powinna zrobić? Byłoby dziwnie, gdyby weszła na górę, a on obudził się z koszmaru, zdając sobie sprawę, jak wiele zatroskania było na jej twarzy, ale coś musiała zrobić. Ostatecznie, słysząc, jak niezrozumiale coś bełkotał, zdecydowała, że chociaż do niego zajrzy.
Wspięła się po drabinie, nie wchodząc po niej do końca. Zatrzymała się, gdy jej głowa wysunęła się ponad otwór w podłodze. Przewróciła tylko oczami, widząc rzucone w kąt deski oraz dziurę w dachu – niczego innego się nie spodziewała. Skoro nie miał czasu na uprzątnięcie swojego gabinetu, to co dopiero miejsca, w którym tylko sypiał.
— Nie, nie, proszę… — mruknął, a jego oczy zabłądziły krótko pod zamkniętymi powiekami.
Zmarszczyła brwi, zaciskając palce na szczeblu drabiny. Syknęła cicho, zdając sobie sprawę, że jej palce do niego przymarzły. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że okłamywanie Cullena co do swojego stanu nie było dobrym pomysłem. Musiała przyznać się przed samą sobą: z trudem panowała nad swoją magią. Ale nie była gotowa, żeby mu powiedzieć. Nie teraz.
Nie mogła wejść do niego tak po prostu i go obudzić. Dostatecznie naruszyła jego prywatność. Odetchnęła głęboko, starając się uspokoić. Co mogła zrobić, żeby go obudzić, jeśli nie mogła tam podejść? Rozejrzała się po pomieszczeniu służącemu komendantowi za sypialnię, ale nie znalazła niczego, co mogłoby jej pomóc.
Powoli zeszła po drabinie, czując się niesamowicie bezradna. Założyła ręce na piersi, rozglądając się po gabinecie, aż jej wzrok zatrzymał się na butelkach, których nie zdążyła wynieść. Gdyby tylko, tłukąc je, narobiła odpowiednio dużo hałasu. Powie mu, że próbowała wziąć wszystkie na raz i jedna wyśliznęła się z jej rąk…
…Mythal, jakie to idiotyczne.
Spojrzała za okno, wiatr dął dziś wyjątkowo mocno. Uśmiechnęła się do siebie, otworzyła drzwi na oścież, by po chwili trzasnąć nimi z całych sił. Na górze zapanowała cisza. Nasłuchiwał, tak jak i ona, dlatego czym prędzej skarciła się w myślach, otworzyła drzwi i zabrała ze sobą butelki.
Usłyszała ciche szuranie na górze; musiał wstać.
— Telyn? Wszystko w porządku?
— To tylko wiatr, komendancie — odpowiedziała wyuczonym, spokojnym głosem. — Nie chciałam cię budzić.
Kiedy wróciła, najprawdopodobniej musiał wrócić do łóżka. Nie chciała go budzić, dlatego odsyłała wszystkich interesantów, prosząc, by przyszli później. Żadna sprawa nie była bowiem na tyle nagląca, by przeszkadzać mu w odpoczynku, którego przecież tak bardzo potrzebował. Ponadto wszyscy wykazywali się zrozumieniem – o walce komendanta z uzależnieniem wiedziała już najprawdopodobniej cała Podniebna Twierdza, nawet jeśli on sam tego nie chciał. Telyn żałowała tylko, że Cullen widział w tym jedynie swoją słabość. Prawda była taka, że jego żołnierze podziwiali go za to, czego się podjął i doskonale rozumieli, z czym się zmagał. Ale szanowała to, że chciał, by jego sprawy pozostały prywatne lub chociaż próbował stwarzać pozory tego, że nie miał pojęcia o wieściach, które po barakach rozeszły się już dawno.
Kiedy wreszcie do niej przyszedł, wyglądał zdecydowanie lepiej. Telyn nie mogła jednak powiedzieć, by czuł się w stu procentach dobrze, bo był zdecydowanie ponury i mocno rozkojarzony. Nie miała pojęcia, co było tego przyczyną; z oczywistych przyczyn nie mogła też zapytać.
Cullen spojrzał na piętrzące się na biurku dokumenty, wzdychając przy tym ciężko. Rozmasował kark, a potem rzucił elfce smutne spojrzenie, zanim zasiadł na krześle. Dopiero wtedy ze zdziwieniem dostrzegł, że część papierów znikła.
— Telyn, co się stało z… połową tego, co tu było? — zapytał podejrzliwie, mierząc ją niepewnym spojrzeniem.
— Przejrzałam jeszcze raz wszystkie dokumenty — poinformowała zdawkowo. — Powinieneś zwracać większą uwagę na daty — poleciła. — Wiele z raportów pochodziło sprzed tygodnia lub dwóch.
Zawstydził się swoim brakiem profesjonalizmu. Jakoś niespecjalnie dziwiło go to, że w stercie pomieszanych papierów znajdowały się również te, które zdążył przeczytać wcześniej i najprawdopodobniej, przytłoczony masą obowiązków, odrzucał je byle gdzie, zapominając o ich istnieniu, by później przeczytać je ponownie. Jakby sobie przypomnieć, to faktycznie niektóre raporty wydawały się podejrzanie znajome.
— Sierżant Rylen prosił o spotkanie — powiedziała, przerywając jego zamyślenie i, widząc, że już się podnosił, dodała: — Poprosiłam, by przyszedł wieczorem, bo sprawa nie była nagląca. — Przysiadł z powrotem. — Chodzi o inspekcję najnowszej partii sprzętu, który Inkwizycja dostała z Orlais.
Posłał jej tak ciepły uśmiech, że coś w jej wnętrzu pękło i rozlało się ciepłą falą. Natychmiast odwróciła się w stronę regału, na którym chciała umieścić szklaną figurkę halli, by nie widział mocno czerwonego rumieńca wykwitającego na policzkach.
— Jesteś niezastąpiona — mruknął cicho, sięgając po zalakowaną kopertę, by przejrzeć najważniejszą korespondencję.
Umieszczenie figurki na szczycie regału okazało się nieco kłopotliwe. Telyn była zwyczajnie za niska. Stanęła na palcach, całym ciałem opierając się o mebel, ale ciągle brakowało jej kilku centymetrów. Mogła spróbować wrzucić figurkę na górę, ale bała się możliwości nieumyślnego jej rozbicia.
Opadła na pełne stopy i jej plecy zderzyły się z czymś twardym. Cullen zaśmiał się cicho, nieco powyżej szyi elfki, ale jego ciepły oddech i tak owionął nieosłoniętą skórę szyi. Kolana jej zmiękły, dłoń zadrżała, ale komendant na szczęście zdążył przejąć od niej figurkę, bez problemu umieszczając ją na górze.
Martwiło ją to, że kiedy halla znalazła się już na swoim miejscu, oni nadal tkwili w bezruchu, aż dłonie komendanta opadły na jej barki, zaciskając się na nich lekko.
— Nie chciałabyś, żeby cofnięto rytuał wyciszenia? — zapytał cicho.
Telyn zmrużyła oczy, oblizując nerwowo wargi. Dopóki nie widział jej twarzy, miała chwilę na to, żeby się uspokoić, choć bardzo przeszkadzał jej w tym jego dotyk oraz to, że nadal opierała się o niego plecami. Niemal zapomniała, jak to jest czuć czyjąś bliskość, nawet tę niezobowiązującą, neutralną.
— Wolałabym nie — odparła, siląc się na to, by panować zarówno nad oddechem jak i głosem, ale skupienie się na dwóch rzeczach jednocześnie było niemal niemożliwe.
— Dlaczego? — zapytał jeszcze ciszej.
— Zakon musiał mieć powód, by uznać moje wyciszenie za konieczność — wydusiła, przypominając sobie przewinienie, za które została skazana na przejście przez rytuał wyciszenia. — Mogłam stwarzać niebezpieczeństwo. Tak jest lepiej — wydusiła, czując, że lada moment się rozpłacze.
— Przy Andersie mówiłaś co innego — mruknął przy samym jej uchu.
— Nie pamiętam tego — skłamała natychmiast, czując, jak serce podeszło jej do gardła. — Przyniosę obiad — powiedziała i, ku jej uldze, Cullen cofnął się o krok, pozwalając jej odejść.
Nie spojrzała na niego, gdy wychodziła. Zbyt wiele sił poświęciła na to, by powstrzymać łzy – nie potrafiła już zapanować nad tym, jaki wyraz przybrała jej twarz. Wiedziała, że musiała wydać się wcześniej lub później, nie wierzyła w to, że wytrzyma długo, ciągle udając wyciszoną. Albo sama mu powie, albo ją zdemaskuje. Sam chciał przecież, by cofnięto rytuał. Powie mu to. Jutro, może pojutrze. Kiedy jeszcze trochę odpocznie i poradzi sobie z pracą.
Wróciła niedługo później. Odruchowo naparła na drzwi, chcąc otworzyć je całym ciałem, ale te nie drgnęły i Telyn rozlała część gorącej zupy po palcach. Syknęła cicho, starając się zignorować ból. Zastukała w drzwi łokciem, może się zacięły?
— Komendancie Rutherford? Cullenie? — Odpowiedziała jej cisza.
Może gdzieś wyszedł? Nie. Wtedy przecież zostawiłby drzwi otwarte, bo wiedział, że miała lada chwila wrócić. Westchnęła, starając się uspokoić. Rozejrzała się, czując, jak panika powoli ściskała jej gardło, ale nie zobaczyła nikogo ani niczego, co mogło jej pomóc. Cholera. Nawet jeśli nie przed Cullenem, to przed Inkwizytorką nadal musiała udawać wyciszoną. Nie mogła tak po prostu wyważyć drzwi jakimkolwiek zaklęciem, żeby dostać się do środka. Co, jeśli leżał tam cały zlany zimnym potem, drżący i nieświadomy tego, że był bezpieczny? Obiecała mu, że przy nim będzie.
Spojrzała w stronę głównego gmachu Podniebnej Twierdzy, zanim odstawiła tacę z posiłkiem i zapukała raz jeszcze.
— Cullenie? — nie dbała o to, że w jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. — Jesteś tam?
Odpowiedziało jej ochrypłe jęknięcie. Dlaczego zamknął te pieprzone drzwi? Zamrugała szybko, przygryzając wargę. Nie miała innego wyjścia. Musiała to zrobić. Zawróciła, z trudem powstrzymując się od biegu, bo nie chciała zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Weszła do komnaty Solasa, zaciskając dłonie w pięści. Elf posłał jej zdziwione spojrzenie.
— Cullen… musisz, bo nie mogę, ona będzie wiedzieć, musisz za mnie, ze mną — motała się.
— Uspokój się, lethallan — polecił jej, podchodząc do niej, by złapać ją mocno za przedramiona. — Uspokój się i powiedz, co się stało.
— Cullen zamknął się w gabinecie. Cierpi. Nie mogę wparować tam z pomocą magii. Trzeba iść po Inkwizytorkę — powiedziała na wydechu.
Solas spojrzał krótko w stronę przejścia prowadzącego do kwater komendanta i zaraz pokręcił głową.
— Pójdę tam z tobą — powiedział spokojnie.
— A powiesz za mnie? — poprosiła, wiedząc, w jak tragicznym stanie się znajdowała.
— Mówiąc „tam” miałem na myśli gabinet komendanta — oznajmił. — Po pierwsze Evelyn jest teraz zajęta, po drugie… — urwał, marszcząc brwi. — Zaczęła kwestionować to, czy to dobrze, że komendant Rutherford odstawił lyrium.
Telyn wyprostowała się nagle, przybierając na powrót neutralny wyraz twarzy, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia. Na szczęście okazało się, że to Varrik.
— Co to za zbiegowisko? — zażartował, ale, widząc zmartwioną Telyn, zaraz dodał: — Coś nie tak z Loczkiem?
— Zamknął się w gabinecie — wyjaśniła pokrótce, odwracając wzrok.
— Jeśli dobrze pamiętam, zachodnie drzwi zamykane są na klucz — mruknął krasnolud.
— To prawda, ale co to ma do rzeczy? Musimy… — zaczęła.
— Otworzę je, bez wysadzania mu połowy gabinetu w powietrze — przerwał jej natychmiast.

wtorek, 25 października 2016

Wyciszona: V

Może Kasandra i Evelyn miały rację? Zmarszczył brwi, obserwując przez okno przechodzącą w stronę kuchni Telyn. Odkąd razem pracowali, każdego dnia zwykła jadać obiad o tej porze. Czasem łudził się, że może przyjdzie do niego zamiast… zerknął na wyciszonego, którego przydzieliła mu Minaeve. Jak w ogóle miał na imię? Trevis? Travis? Jakoś tak. Ponownie spojrzał przez okno, ale elfka zniknęła mu z pola widzenia.
Powinien przestać o niej myśleć. Uczucia, jakie do niej żywił faktycznie lada chwila mogły stać się niezdrowe. Myślał o niej zdecydowanie za często i to, że przez chwilę odzyskała świadomość, nie mogło zakłócać jego chłodnego osądu. Może faktycznie powinien skupić się na ludziach, którzy go otaczali.

***

Telyn przechyliła głowę, przysłuchując się rozmowie Solasa i Kasandry, ale rozmawiali tak szybko i na tyle cicho, że nie była w stanie wyłapać niczego więcej niż kilku pojedynczych słów. Spoglądali na nią co chwilę, z kolei Varrik i Cole nie wtrącali się do rozmowy. Elfka nie bardzo wiedziała, dlaczego tak żywo dyskutowali oraz po co tak właściwie zaproszono ją w to miejsce. Nie rozumiała całego zamieszania tym bardziej, gdy w końcu zostali z nią tylko Varrik i Cole, bo mag i poszukiwaczka przeszli do sali narad, by omówić coś z Inkwizytorką.
— Telyn — zaczął krasnolud, a ona spojrzała na niego pustym wzrokiem, mrugając kilkukrotnie, gdy oślepiło ją światło świecy odbijające się od jakiegoś metalowego elementu. — To prawda, że byłaś ostatnio u komendanta Rutherforda? — zagaił.
— Nie — zaprzeczyła natychmiast, spokojnie się w niego wpatrując.
— Nie? — upewnił się Varrik, uśmiechając się coraz szerzej. — A jeśli ci powiem, że widziałem, jak do niego szłaś? Co powie na to Minaeve? — zapytał, zakładając ręce na piersi.
Milczała, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nigdy nie była w takiej sytuacji, zwykle jeśli kłamała, wszyscy jej wierzyli. Nawet Cullen, gdy powiedziała mu, że wcale nie siedziała z nim przez cały dzień. Nie wiedziała, jak powinna zareagować. Może miała po prostu się przyznać?
— Byłam mu coś oddać — wytłumaczyła się po długiej chwili milczenia. — Nie mów Minaeve — poprosiła. — Będzie zła.
— Nie powiem — zapewnił ją Varrik. — Ale musisz się na coś zgodzić…

***

— Chcemy zobaczyć, jak bliskość Pustki wpłynie na wyciszonego, wasza czcigodność — poinformowała Kasandra. — Solas uważa, że może dowiedzieć się przez to czegoś więcej na temat twojego znamienia.
— Oczywiście to misja wysoce niebezpieczna — poinformował apostata, złączając palce, kiedy badawczo przyglądał się Evelyn. — W końcu przy szczelinach łatwo o demony, a wyciszony będzie bezbronny. Tym niemniej uważam, że gra jest warta ryzyka. W końcu chodzi o twoje dobro, Evelyn — zapewnił. — Tym bardziej, że jesteś magiem. Obcowanie ze szczelinami może ci szkodzić, warto to zbadać. Jeśli ktoś, komu odebrano dostęp do Pustki, w jakiś sposób na to zareaguje… — podsunął.
Inkwizytor Trevelyan starała się rozważyć tę opcję możliwie dokładnie. W końcu chodziło o jej życie. Poza tym miała pewien pomysł co do tego, kogo mogła wysłać na tak niebezpieczną misję. Musiała się jej pozbyć. Dla dobra Cullena. W końcu biedak ubzdurał sobie coś odnośnie tego, że Telyn na moment odzyskała uczucia, kiedy przesłuchiwał Andersa. Coś takiego nie było możliwe, doskonale o tym wiedziała. W końcu sporo czasu spędziła w kręgu, prowadząc badania. Cullen wiele przeszedł w czasie swojej służby. To oraz odstawienie lyrium musiały sprawić, że umysł spłatał mu figle.
Nie mogła powiedzieć tego na głos, ale naprawdę bardzo ucieszyłoby ją, gdyby elfka nigdy nie powróciła z tej wyprawy.
— Macie już jakichś kandydatów? — zapytała cicho, gotowa od razu przedstawić swój pomysł.
Kasandra i Solas spojrzeli po sobie niepewnie.
— Uznaliśmy, że taka decyzja powinna należeć do ciebie — oznajmił apostata, wzruszając lekko ramionami.
— Może zechcesz uzgodnić to ze swoimi doradcami? — podsunęła Kasandra.
— Nie, nie widzę takiej potrzeby — mruknęła natychmiast Evelyn, mrużąc oczy. — Myślę, że mam kandydatkę. Solasie, wyruszycie najszybciej, jak to będzie możliwe.

***

Dorian szturchnął lekko Telyn, która posłała mu nieco skołowane spojrzenie, ale nie odezwała się nawet słowem, kiedy przejeżdżali przez bramę Podniebnej Twierdzy.
— Za co można nienawidzić wyciszonego, co? — zapytał.
Odpowiedziała mu cisza oraz karcące spojrzenie Kasandry.
— Nie dziwię się, że Loczek sobie ciebie upodobał. — Uśmiechnął się złośliwie. — Macie podobne poczucie humoru.
— Poczucie humoru? — powtórzyła Telyn. — Przecież nie żartuję — dodała, patrząc spokojnie na Doriana.
— W tym rzecz, moja droga. W tym rzecz — westchnął mag, kręcąc lekko głową.
— Daj jej spokój, Dorianie — skarcił go Solas. — Jeśli wszystko pójdzie dobrze, niedługo może opowie ci jakiś żart — dodał nieco ciszej.
Tevinterczyk prychnął.
— Żartem jest to, że jedziemy postawić jakąś wyciszoną przy szczelinie i zobaczyć, co się stanie — parsknął. — Postradaliście rozumy — wytknął im.
— To nie jakaś wyciszona — wtrąciła się Kasandra. — Robimy to na życzenie komendanta Rutherforda — przypomniała mu ostro.
— Gdyby nie ty, ten pomysł nigdy nie doszedłby do skutku — żachnął się ponownie Dorian. — Naczytałaś się zdecydowanie za dużo złej, naprawdę złej literatury — mruknął, wpatrując się znacząco w Varrika.
— Ej! — fuknęli jednocześnie krasnolud i Poszukiwaczka.
— Nie dyskutujcie z nim o tym, jego to bawi — upomniał ich Solas. — Komendant w ogóle został poinformowany, że mamy zamiar…
— Nie — ucięła Kasandra. — Robiłby sobie niepotrzebne nadzieje.
Tego Dorian obawiał się najbardziej. Ile w ogóle było szans na to, by ten szalony plan się powiódł? A mówili, że to z nim było coś nie tak, bo uważał magię krwi za coś nieszkodliwego. Westchnął ciężko. Nic nie trzymało się całości.
— A co zrobicie, jeśli faktycznie proces wyciszenia da się odwrócić? Evelyn nie będzie zadowolona, to pewne — mruknął, wbijając zmartwione spojrzenie w niewzruszoną Telyn.
Zapadło naprawdę niewygodne milczenie, które przerwał dopiero pogodny głos Cole’a:
— Nie możemy po prostu jej tego nie powiedzieć?

***

Wpadł na nią akurat wtedy, gdy wychodziła z gabinetu Josephine. Rozpromieniła się na jego widok, więc i on przywołał na twarz uśmiech. Z dziwnym zmieszaniem zauważył, że był to sztuczny gest, który wymusił, bo uważał, że tak trzeba. Lubił Evelyn. Była sympatyczna, wesoła i zwyczajnie miła. Po prostu dało się ją lubić. Nie tak, jakby wszyscy sobie tego życzyli, bo Cullen ciągle uważał, że czegoś jej brakowało. Może to prywatne uprzedzenie? Musiał w końcu odrzucić na bok koszmary związane z kręgami. Widział magię w jej najgorszym wydaniu, ale widział też, jak służyła do ratowania ludziom życia. Musiał też wyrzucić z głowy jej błąd, kiedy straciła cały oddział jego ludzi dla tej skrzyni. W końcu skontaktowanie się z Szarymi Strażnikami było niezwykle istotną sprawą.
Mógł przecież spróbować.
— Lady Trevelyan — mruknął niższym głosem. — Szukałem cię — dodał, zmuszając się do tego by kąciki ust powędrowały jeszcze wyżej.
Umiał być czarujący, jeśli tego zechciał i wiedział, że samym tonem głosu mógł zdziałać naprawdę wiele, jeżeli się postarał. Poza tym doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że na Evelyn działało to bezbłędnie.
— Mnie? — zdziwiła się, rumieniąc się lekko, by zaraz spleść ręce za plecami.
Jej ciemne oczy roziskrzyły się nieznacznie, gdy podszedł bliżej.
— Pomyślałem, że może chciałabyś spędzić ze mną trochę czasu — zaproponował, skinąwszy głową w stronę przejścia do ogrodów. — Przydałaby mi się przerwa, uznałem, że mógłbym spędzić ją w twoim towarzystwie.
— To miłe, że o mnie pomyślałeś — przyznała, sięgając do jasnych, prostych włosów, by nakręcić je na palec w lekkim zakłopotaniu.

***

Nie miał pojęcia czy to przez fakt, że Evelyn była tak zestresowana tym, że niespodziewanie okazał jej zainteresowanie, czy po prostu nie umiała grać w szachy, ale nawet jeśli bardzo chciałby pozwolić jej wygrać, i tak nie była w stanie tego wykorzystać. Znała zasady poruszania się pionów oraz, ale przestawiała je kompletnie bezrefleksyjnie, nie zastanawiając się ani na moment nad możliwymi ruchami przeciwnika. W efekcie odsłoniła się przed nim już w pierwszych czterech ruchach, czego udawał, że nie widział, ale i to nie pomogło jej w uniknięciu wykonania kolejnego samobójczego ruchu.
Poza tym nigdy nie uczono go sztuki konwersowania – Evelyn pochodziła z ważnej, szlacheckiej rodziny, musiała pobierać takie lekcje – ale ich rozmowa zwyczajnie się nie kleiła. Dopiero po chwili zauważył, że działo się tak przez jej egocentryczność. Wszelkie kolejne tematy sprowadzała do siebie. Ja zrobiłam, ja powiedziałam, ja ustanowiłam
Miał dość. Momentami powątpiewał w to, jak ktoś taki mógł rządzić Inkwizycją. Nie zwracał na to uwagi w trakcie narad, bo rozumiał, że Evelyn, żyjąc w kręgu, nie mogła nauczyć się zbyt wiele na temat planowania wojennego lub szpiegowania, ale sztuka dyplomacji nie powinna być jej obca. Niestety i Josephine zwracała uwagę na spore braki u Evelyn w tej dziedzinie. Poczuł nieprzyjemne uczucie rozczarowania, gdy zdał sobie sprawę, że Inkwizytorka była zwykłą figurantką, której kazali tylko ładnie wyglądać, a sami wykonywali za nią brudną robotę… bo kiedy dobierała się do władzy, jaka była w jej rękach, ginęli ludzie.
Westchnął ciężko. Oczywiście nie umniejszał jej zasług na polu walki z Koryfeuszem. Mało kto zdobyłby się na to, by ciągle stawać naprzeciw niebezpieczeństwu i walczyć o wolność Thedas.
— Coś nie tak? — zasmuciła się Evelyn, wystawiając się kolejny raz.
W tym momencie zastanawiał się, czy nie robiła tego specjalnie.
— Szach-mat, Evelyn — mruknął, strącając w końcu jej króla.
— Ojej — pisnęła tylko, szczerze zaskoczona tym, że przegrała, ale zaraz na niego spojrzała. — Nie czujesz się najlepiej, prawda?
Uśmiechnął się nieco pobłażliwie. Nie powie jej przecież, że ta rozmowa go męczyła.
— To tylko ból głowy — skłamał naprędce. — Poza tym powinienem już wrócić do pracy. Pozwolisz, że cię odprowadzę? — zaproponował, łudząc się, że odmówi.
W drodze powrotnej ciągle zmuszał się do uśmiechu, słuchając kolejnych opowieści z jej dzieciństwa. Może to dziwne, ale nawet jeśli sama pytała go o jakieś wspomnienia z lat przed wstąpieniem do Zakonu, odpowiadał jej tak lakonicznie, jak tylko był w stanie. Zwyczajnie nie miał ochoty opowiadać jej czegoś więcej o sobie. Właściwie żałował, że próbował wypchnąć tę znajomość poza tory „służbowe”.
Evelyn musiała mieć jednak inne zdanie, bo kiedy otworzył jej drzwi, za którymi znajdowały się schody prowadzące do jej komnat, przeszła przez nie i lekko pociągnęła go za sobą tak, by przejście zamknęło się za nimi. Potem stanęła na palcach, by musnąć jego usta w lekkim pocałunku.
— Do zobaczenia, Cullenie — mruknęła na pożegnanie, przeskakując po dwa stopnie na raz.
Stał jak wryty jeszcze przez kilka chwil. Nie spodziewał się tego. I nie wiedział, co powinien zrobić, bo obecna sytuacja bardzo mu się nie podobała, ale nagłe sprowadzenie Inkwizytorki na ziemię mogło być… nieprzyjemne w skutkach.

***

Jej pierwsza świadoma myśl dotyczyła tego, że czuła niesamowite zimno. Coś chłodnego stykało się z jej dłonią. Powoli podniosła wzrok, próbując przyzwyczaić się do patrzenia w nienaturalną jasność i zachłysnęła się nadmiarem powietrza wciąganym w płuca. Niematerialna postać dotykała jej palców, owiewając rękę chłodem, który przenikał do głębi ciała. Telyn zadrżała, kolana jej zmiękły i upadła na ziemię. Eteryczna istota zaśmiała się cicho, a potem zniknęła.
Pozostałe dźwięki docierały do niej z daleka i były zdecydowanie przytłumione. Poza jasnością widziała jeszcze zielone błyski. Świadomość ciała zaczęła wracać do niej dopiero, gdy ktoś ścisnął jej ramię, szarpiąc za nie mocno. Poleciała na plecy, wciągając szybko powietrze. Szarpnęła się w obawie przed niebezpieczeństwem. Ktoś krzyczał, ale nie potrafiła rozróżnić słów.
Czyjeś asekurujące ręce uniosły ją z ziemi i miała wrażenie, że zawisła w powietrzu, bo kiedy nie dotykała podłoża, nie potrafiła stwierdzić, gdzie znajdowało się niebo. Wszystko migotało setkami barw, aż zrobiło się jej niedobrze, więc zacisnęła powieki. Po chwili zarzuciło nią mocno i znowu znajdowała się na trawie.
Odległe dźwięki ucichły, a błyski zniknęły, więc powoli otworzyła oczy. Zamazany obraz powoli nabierał ostrości. Kiedy zdała sobie sprawę, że pochylało się nad nią kilka osób, w panice chciała się odczołgać, ale zderzyła się z ciężkimi, okutymi butami. Otoczyli ją.
— Spokojnie. — Usłyszała jeden wyraźny głos przebijający się ponad wszelkie szmery i szumy. — Jesteś bezpieczna. — Fala spokoju i ukojenia zalała jej ciało, przez moment poczuła się senna, ale walczyła o to, by utrzymać powieki otwarte.
— Cóż, to było ciekawe doświadczenie — mruknął Dorian, uważnie studiując jej twarz. — Powiedz mi, złotko, czujesz się jakby trochę mniej wyciszona?
Głowa zabolała ją przeraźliwie, kiedy wspomnienia z ostatnich kilku miesięcy wlały się naraz do myśli. Każde pojedyncze wydarzenie, każda migawka, wszystko domagało się jej uwagi właśnie teraz. Syknęła, czując pulsujący ból, ale cierpienie po chwili minęło.
— Cole, odsuń się od niej, daj jej odetchnąć — poinstruowała Kasandra.
Telyn czuła, że powinna zadać teraz naprawdę wiele pytań, ale zamiast słów, z jej gardła wydarł się żałosny skowyt, a zaraz potem rozpłakała się, kuląc się na trawie. Zielone źdźbła łaskotały jej nieosłoniętą skórę, gdzieś w dali czuła słodki zapach kwiatów zmieszany ze znacznie bliższą wonią magicznego ognia, który przed momentem musiał spalić wszystko, co znalazło się na jego drodze.
— J-jak… — wyjąkała tylko, łapiąc szybko powietrze, kiedy mierzyła się ze wszystkimi emocjami napierającymi ze wszystkich stron.
Świat jeszcze nigdy nie wydawał się tak wyraźny.
— Zdecydowanie nie jesteś już wyciszona — zawyrokował Dorian, marszcząc brwi. — Inkwizytorka nie będzie zadowolona.
— Dotknął cię duch wiary — przerwała mu Kasandra. — Solas sprowadził go do ciebie — poinformowała zdawkowo. — Pamiętasz nas?
W odpowiedzi, nadal zalewając się łzami, kiwnęła głową.
— Jesteś bezpieczna — powtórzył Cole, kucając przy niej.
Tym razem, gdy zalała ją fala spokoju, udało się jej uspokoić na tyle, by opanować łzy.
— I co teraz? — zapytał Varrik, spoglądając na Telyn jak na ciekawego rodzaju zwierzątko. — Powiemy Evelyn, że elfka ma się dobrze, a w dodatku odwróciliśmy skutek rytuału wyciszenia?
— Nie — ucięła Kasandra. — Cole ma rację. Powiemy, że nic się nie stało. — Zacisnęła mocniej usta, przyglądając się Telyn. — Evelyn nie jest na to gotowa — dodała ciszej. — Nie teraz.
— Świetnie, zaryczana elfka ma udawać wyciszoną. Brzmi jak plan — sarknął Dorian, odwracając się do Dalijki plecami.
— Zaraz… — Pociągnęła nosem. — Zaraz się opanuję. Naprawdę. Tylko ni-e… nie każcie mi więcej — poprosiła szybko, kręcąc głową. — To okropne. Jakby oglądać wszystko przez grubą szybę, zza której nikt nie może cię usłyszeć — mruknęła, ocierając łzy.
— To ciekawe spostrzeżenie — odezwał się zbliżający się do nich Solas. — I bardzo cenne. — Uśmiechnął się. — Jak się czujesz?
Kasandra podała jej rękę, więc skorzystała z pomocy, ale kolana zadrżały zdradliwie. Na szczęście mogła wesprzeć się na poszukiwaczce, co przyjęła z wdzięcznością oraz ulgą.
— Trochę słabo — powiedziała niepewnie. — I jestem trochę… — Wskazała ręką dokoła. — Przytłoczona tym wszystkim — wyszeptała. — Nie wyciszycie mnie, prawda? — zapytała asekuracyjnie, spoglądając podejrzliwie na Kasandrę.
— Cofnęliśmy skutki rytuału tylko po to, żeby cię znów wyciszyć — poinformował żartobliwie Varrik, ale widząc wykrzywioną przerażeniem twarz Telyn, zaraz dodał: — Żartowałem, nic ci nie grozi.
— Doprawdy. Widzę, że w kwestii poczucia humoru niewiele się zmieniło — mruknął Dorian. — Komendant będzie zachwycony.
— Komendant Rutherford? Cullen? — podchwyciła natychmiast. — Co z nim? Wszystko dobrze? — dopytywała. — Mam pewne… luki w pamięci — wyznała, starając się przypomnieć sobie wszystkie szczegóły.
— Loczek ma się dobrze. A przynajmniej miał, zanim zdążyliśmy wyjechać — zapewnił krasnolud. — To na jego prośbę podjęliśmy się próby odwrócenia rytuału.
— Prosił o to? — zdziwiła się.
— Nie dosłownie — poinformowała Kasandra. — Komendant… cóż — urwała, nie bardzo wiedząc, jak sformułować swoje myśli.
— Komendant ciasne-portki… — zaczął Dorian, ale Telyn zaraz szturchnęła go w ramię.
— Nie mów tak o nim! — Zmarszczyła groźnie brwi i nos, wpatrując się z nieskrywaną wrogością na Doriana, który uśmiechnął się lekko.
— Niech ci będzie, pan komendant zdążył bardzo cię polubić. — wyjaśnił.
Elfka pokręciła tylko głową, nie chcąc dać się wciągnąć w jałową dyskusję z magiem. Na szczęście Kasandra poprowadziła ją na bok.
— Mimo że byłaś wyciszona, okazałaś mu wiele dobra i zrozumienia, kiedy cierpiał — mruknęła, podprowadzając ją do siedziska zrobionego z ułożonych na sobie futer. — Byłaś przy nim w wielu trudnych chwilach. Myślę, że nikt od… bardzo dawna nie zrobił dla niego czegoś tak dobrego i bezinteresownego — mruknęła trochę ciszej, spoglądając pobłażliwie na kłócących się Doriana oraz Varrika. — Cullen poczuł się w obowiązku, by zrobić coś dobrego dla ciebie, rozumiesz? — zapytała, wbijając w nią przeszywające spojrzenie.
— Rozumiem — odparła po chwili wahania.
— Nikt nie oczekuje od ciebie, że rzucisz całe swoje życie, które właśnie otrzymałaś i zostaniesz na zawsze w Podniebnej Twierdzy, ale… myślałaś już o tym, co zrobisz z tym darem?
Nie myślała o tym. Nie miała kiedy.
— Powinnam wrócić do klanu, do lasu, do… — urwała, czując, jak zimna pętla zaciskała się na jej przełyku. — Minęło ponad pół roku — wyszeptała, opuszczając głowę i ukrywając twarz w dłoniach. — Wątpię, by na mnie czekali — wyznała, uśmiechając się gorzko. — Może to dziwne — zaczęła już pewniejszym głosem. — Ale chcę pomóc Cullenowi — powiedziała, spoglądając kątem oka na Kasandrę. — Nie powinien przechodzić przez to sam.
— Cieszy mnie, że tak uważasz — przyznała poszukiwaczka. — A twoje wcześniejsze wspomnienia… — zmieniła temat. — Bo pamiętasz to wszystko, prawda?
Telyn westchnęła cicho.
— Pamiętam.
— Żywisz odnośnie nich jakieś… uczucia? Oczywiście nie musisz odpowiadać — powiedziała natychmiast Kasandra, widząc, że Telyn posłała jej nieco zdziwione spojrzenie.
— To nie takie proste. Nie potrafię nazwać tego, co… — Wzruszyła ramionami. — Nie czułam? Tak powinnam powiedzieć? — zamyśliła się, marszcząc brwi. — Dopiero teraz zaczynam wiązać jakieś emocje z tamtymi zdarzeniami.
— Z pewnością to trudne — powiedziała Kasandra. — Wiesz, że Inkwizytorka jest o ciebie… cóż, zazdrosna? — zapytała jeszcze. — Uważa, że komendant zaczął żywić do ciebie niezdrowe uczucia.
Elfka otworzyła szerzej oczy.
— Nie chciałam jej go odbierać — mruknęła zszokowana.
— W to nie wątpię — zgodziła się Kasandra. — Musimy ją jednak przygotować na to, że nie jesteś już wyciszona. To może być dla niej szok.
— Dla mnie to też szok, możesz mi wierzyć — powiedziała cicho, widząc, że poszukiwaczka wstała, by podejść do rozpalanego właśnie ogniska.
— Wierzę. A teraz odpocznij — poleciła. — Cole będzie przy tobie, gdybyś nie radziła sobie z emocjami. Cole jest…
— Wiem, czym jest Cole — wtrąciła się, posyłając jej lekki uśmiech.
— To dobrze. Przygotuj się, bo kiedy wrócimy do Podniebnej Twierdzy, będziesz musiała opanować emocje.

Nie pocieszało jej to. Miała ochotę na zmianę krzyczeć, płakać i może histerycznie się śmiać.

Wyciszona: IV

Cullen przeszedł po schodach, raz czy dwa zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy Telyn nadal za nim szła. Jeszcze w klanie musiała opanować sztukę skradania się. Elfy były znane ze swoich polowań, więc pewnie podświadomie poruszała się w ten sposób. Czasem ciekawiło go, czym kierowała się Minaeve, przydzielając ją do niego. Stwórca jeden raczył to wiedzieć, ale chyba nie mogli trafić lepiej.
— Więzień już czeka, komendancie — poinformował strażnik, otwierając przed nim drzwi i przepuszczając ich w przejściu.
— Zostawcie nas samych — nakazał strażnikowi i pilnującym Andersa templariuszom.
Mężczyźni spojrzeli po sobie, ale zaraz zasalutowali krótko i odeszli.
— Kapitan Cullen — powitał go zmęczonym głosem apostata. — Kogo ze sobą przyprowadziłeś?
— Moją asystentkę, Telyn — poinformował, żeby Anders nie czuł się zagrożony.
— Nie czuję jej. Jest wyciszona — wyszeptał, wpatrując się w półmrok, w którym zatrzymała się elfka. — To nie twoja asystentka, to twój więzień — dodał pogardliwie.
— Nie ja ją wyciszyłem — mruknął zniesmaczony. — Uwierz, gdyby to ode mnie zależało… — urwał, spoglądając na elfkę, która czekała na jego znak, by zacząć notować.
— To co? Oddałbyś jej uczucia? Marzenia? Sny? — parsknął apostata.
Cullen zacisnął usta, przyglądając mu się z wściekłością.
— Nie przyszedłem tutaj dyskutować o mojej asystentce — upomniał go.
— Oczywiście, panie kapitanie. Odważny jesteś, skoro odwołałeś swoich żołnierzy — fuknął.
— Pewnie nikt cię nie poinformował, ale odszedłem z Zakonu — mruknął, a potem skinął głową na Telyn.
— Och, właśnie zyskałeś w moich oczach — zaśmiał się Anders.
— Jesteś oskarżony o świadome działanie na szkodę Zakonowi, zamordowanie wielu niewinnych templariuszy, magów, przelanie krwi wielu mieszkańców Kirkwall, wysadzenie w powietrze świątyni wraz z kapłanką… — wyliczał.
— Znam listę zarzutów. Sebastian czyta mi ją do snu każdego wieczora — parsknął, a jego skóra zajaśniała bladoniebieskim światłem.
— Trzymaj swojego uduchowionego przyjaciela na smyczy — zagroził mu Cullen. — Odprawienie templariuszy miało pokazać, że daję ci szansę.
Nie zauważył tego, ale Telyn cofnęła się o pół kroku, przyglądając się Andersowi w milczeniu.
— Pluję na twoją łaskę! — warknął Anders, napinając łańcuchy. — Może i odszedłeś z Zakonu, ale twoja mentalność w nim pozostała.
— Mnie żaden duch zemsty nie kazał wymordować kilkudziesięciu cywili — odwarknął, ale zaraz skarcił się w myślach.
Dał się sprowokować. Wiedział, jak bardzo było to nieprofesjonalne, ale nie mógł nic na to poradzić. Zerwał z Zakonem. Na dobre. Nikt nie miał prawa mówić mu, że było inaczej. Szczególnie ktoś taki jak Anders.
— Poświęciłem ich w imię większego dobra! — ryknął, a pęknięcia na jego skórze poszerzyły się, odkrywając błękit pustki. — Co ktoś taki jak ty może o tym wiedzieć!
Cullen sam cofnął się nieznacznie, a potem usłyszał szelest kartek i dźwięk stłuczonego kałamarza. Natychmiast obejrzał się na Telyn, która upadła i właśnie z przerażeniem odciśniętym na twarzy odczołgiwała się tyłem, rozglądając się po pomieszczeniu.
— Co się stało? — wydusiła przez ściśnięte gardło, spoglądając na Cullena i ciężko oddychając. — Pustka… jest tak blisko… — wyszeptała rozpaczliwie, sięgając do głowy. — Nie pozwól im, nie możesz — zachłysnęła się powietrzem, a łzy popłynęły po jej twarzy. — Proszę! Musisz mnie zabić, ja… nie — urwała, dławiąc się szlochem. — Nie chcę już!
Drżącymi palcami sięgnęła jego spodni, wczepiła się w nie, unosząc się lekko. Wpatrywała się w niego wielkimi, załzawionymi oczami, w których pierwszy raz widział jakiekolwiek emocje, w dodatku te najgorsze.
— Cullen… — wyłkała jego imię. — To wraca!
Słowa uwięzły mu w gardle, kiedy patrzył na nią w przerażeniu. Nie potrafił poruszyć się choć o centymetr, kiedy uwiesiła się na jego nogach. Czuł, że powinien jej pomóc, ale nie potrafił. Nie mógł jej przecież tak po prostu zabić!
— Widzisz teraz, jaki wspaniały jest wasz rytuał wyciszenia! — ryknął Anders, napinając łańcuchy, które zatrzeszczały tak, jakby miały zaraz pęknąć. — Zabij ją albo sam to zrobię!
Łańcuchy pękły, strop zatrząsnął się głucho i magiczny pocisk poszybował w stronę przerażonej Telyn. Komendant nie myślał długo, po prostu pochylił się, obejmując elfkę z całych sił tak, by przyjąć atak Andersa na plecy. Mimo że nosił zbroję, czuł palący go magiczny ogień. Syknął głucho, upadając z Dalijką, przygważdżając ją do kamiennej posadzki. Jęknęła coś niezrozumiale i wydostała rękę ponad ramię Cullena.
Poczuł szarpnięcie magii ponad swoją głową. Tym razem było ono inne, zupełnie różne od tego, czym posługiwał się Anders. Przerażony uchylił powieki i spostrzegł ciemnoniebieską tarczę, która osłaniała ich obu. Templariusze, zaalarmowani hałasami dobiegającymi z pomieszczenia, wpadli do środka. Cullen zdążył posłać Telyn jeszcze jedno zdezorientowane spojrzenie.
Uśmiechnęła się słabo przez łzy, a ręka zadrżała i opadła całkowicie.
— Dasz radę — wyszeptała, zanim jej oczy zamknęły się powoli.

***

Solas odesłał go do siebie, ale i tak nie mógł zasnąć. Nie po tym, co widział. Nie po tym, co mu powiedziała, jak na niego patrzyła. Nie rany na plecach, a paskudne poczucie winy paliło go najbardziej. Varrik powiedział mu, że kiedyś był świadkiem tego, jak Anders przypadkiem „ściągnął” jednego z wyciszonych z powrotem, ale nie trwało to długo, bo szybko wrócił do poprzedniego stanu. Krasnolud poradził mu jeszcze, by nie robił sobie nadziei na to, że kiedy Telyn otworzy oczy, będzie inaczej.
Ale skoro ten pieprzony apostata ściągnął ją na wtedy, to odwrócenie procesu wyciszenia mogło być możliwe. Musiał porozmawiać o tym z Poszukiwaczką Pentaghast. W końcu to Poszukiwacze Prawdy stworzyli rytuał wyciszenia.
Wiedziony tą nadzieją zasnął z koszmarnym bólem głowy. Wiedział, że i tej nocy mógł śnić koszmary, ale nie spodziewał się ujrzeć w nich Telyn. Jej szarozielone oczy… spojrzenie, jakie mu posłała – pełne strachu i bólu – ciągle do niego wracało. Nie potrafił tak po prostu przejść nad tym do porządku.
Obudził się z krzykiem na ustach oraz zlany zimnym potem. Nie potrafił jej pomóc wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebowała. Drżał na całym ciele, choć w sypialni było ciepło.
— Stwórco, nie każ mi patrzeć na to znowu — wyszeptał, przyciskając palce do skroni.
Podniósł się do siadu i zsunął nogi z łóżka, czując bolesny skurcz przechodzący przez łydkę. Zignorował ból, podnosząc się z cichym stęknięciem. Wiedział, że i tak nie miał szans na zażycie choć odrobiny snu.
Ubrał się i zszedł po drabinie. Rozejrzał się po gabinecie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby się zająć, ale kiedy Solas wysłał go do siebie, praca pochłonęła go tak bardzo, że zdążył poradzić sobie ze wszystkim w pojedynkę.
Często łapał się na tym, że podnosił wzrok, szukając Telyn, ale zaraz z zawodem odkrywał, że nie było jej w pobliżu.
Ukrył twarz w dłoniach i potarł ją, próbując się rozbudzić. Musiał do niej zajrzeć, chociaż na moment. Nerwowym krokiem wyszedł na blanki i przeszedł do głównego gmachu Podniebnej Twierdzy. Solasa nie zastał w jego komnacie, dlatego od razu udał się na piętro, chcąc przejść do pokoju, w którym Evelyn na stałe umieściła Telyn. Nie spodziewał się tylko tego, że to właśnie Inkwizytorka zagrodzi mu drogę.
— Znowu do niej idziesz — stwierdziła, zakładając ręce na piersi. — Nadal jest nieprzytomna. Mówiłam ci, że dowiesz się pierwszy, jeśli się obudzi — przypomniała mu, kręcąc głową.
— Prawie przeze mnie zginęła… — zaczął ponownie.
— Ty też. I przez własną głupotę, i przez to, że potem zgrywałeś bohatera — skarciła go. — Powinieneś myśleć najpierw o sobie — poleciła mu, mrużąc oczy.
— Ona tam jest! — wyszeptał wściekle. — To da się odwrócić! Templariusze potwierdzili, widzieli to, co ja, Evelyn! — żachnął się. — Była świadoma, mówiła do mnie.
— Cios Andersa był silny, Cullenie — mruknęła, łapiąc go pod łokieć i prowadząc w przeciwną stronę.
Komendant rzucił jeszcze jedno pełne bólu spojrzenie w stronę drzwi, które dzieliły go od korytarza, z którego dostałby się do pokoju elfki.
— Mogło ci się przywidzieć, mogłeś chcieć to widzieć — zmartwiła się. — Myślę, że mogłeś przywiązać się do Telyn… za bardzo — zawyrokowała, patrząc na niego z troską.
— Nie oszalałem. Wiem, co widziałem — powtórzył, zmęczony kolejnymi tłumaczeniami.
— Telyn jest dla ciebie miła, bo ja jej to kazałam, Cullenie. Poleciłam jej, by się tobą opiekowała — ścisnęła jego ramię. — Ona nie potrafi odczuwać żalu czy współczucia, co tu mówić o przywiązaniu — przypomniała mu brutalnie. — Małpuje twoje zachowania, bo jest nauczona, by powtarzać to, co widzi. Powinieneś skupić się na ludziach, którym naprawdę na tobie zależy. — Uśmiechnęła się słabo, kiedy na nią spojrzał.
Dotknęła dłonią jego policzka, głaszcząc kciukiem skórę.
— Ma na ciebie zły wpływ — wyszeptała Evelyn. — Znajdziemy ci innego asystenta. Minaeve na pewno się zgodzi — zachęciła go.
— Nie chcę kogoś innego — powiedział twardo. — I rozumiem, co znaczy to, że jest wyciszona — dodał bezradnym głosem. — Po prostu się o nią martwię.
Zamknął oczy i zobaczył twarz Telyn. Jej różowe usta układające się w lekki uśmiech oraz łzy spływające po policzkach i skroniach, by w końcu zniknąć w ciemnych włosach. Byli w środku wywołanego przez Andersa chaosu, a on poczuł się dziwnie spokojny, kiedy powiedziała mu, że da radę. Wtedy naprawdę w to uwierzył, zapominając na moment, że jej kojący głos nie mógł ochronić go przed rozwścieczonym magiem.
— To już postanowione, Cullenie — powiedziała jednak Evelyn. — Nie będziesz pracował z Telyn.

***

Telyn wpatrywała się w stół, przy którym miała teraz pracować. Przez chwilę pomyślała, że Inkwizytorka mogła kłamać. W końcu Cullen nauczył ją, że można mówić nieprawdę, więc jeśli ona potrafiła, to inni pewnie też. A jeśli to komendant ją okłamywał? Jeśli wcale jej nie lubił?
Czuła w głowie dziwny mętlik. Było to dla niej uczucie tak obce, że nie potrafiła skupić się na pracy. Sięgnęła do szyi i zacisnęła palce na kluczu. Chyba powinna go zwrócić. Zamrugała, a potem odszukała wzrokiem znajomą twarz.
— Minaeve? — Podeszła do niej powoli.
— Tak, Telyn? — mruknęła, nie podnosząc na nią nawet wzroku.
Cullen zawsze na nią patrzył, kiedy rozmawiali.
— Mogę na chwilę wyjść? — zapytała spokojnie, wpatrując się w swoją przełożoną.
— A gdzie chcesz iść? — Minaeve w końcu podniosła na nią wzrok.
Telyn milczała przez chwilę. Czy jeśli powie prawdę, Minaeve pozwoli jej wyjść?
— Jestem głodna. Przyzwyczaiłam się do jadania obiadów o tej porze, kiedy pracowałam z komendantem Rutherfordem — oznajmiła bez zająknięcia.
Minaeve przez chwilę studiowała jej twarz, ale ostatecznie wyraziła zgodę.
Tajemnica – kolejna rzecz, której nauczył jej Cullen. Nikomu nie powiedział o tym, że umiała kłamać i dlatego sama nie podzieliła się z nikim tą informacją. Bez pośpiechu przemierzyła schody, ale zatrzymała się na samym ich końcu, przypominając sobie, że na parterze mieszkał Solas. Mógł ją wydać. Trudno. W razie pytań jego też okłamie.
Nie zastała go jednak w swej komnacie, więc minęła ją czym prędzej i wyszła na most prowadzący prosto do gabinetu komendanta Rutherforda. Zatrzymała się przed drzwiami i zapukała, wiedząc, że powinna zachowywać się oficjalnie, skoro już razem nie pracowali. Jednak zamiast głosu Cullena ktoś otworzył jej drzwi i minął ją w przejściu, zostawiając je uchylone. Szybko zorientowała się, że wyciszony, który obok niej przeszedł, musiał być nowym asystentem komendanta.
— Mogę wejść? — zapytała, wsuwając głowę między drzwi a framugę.
— Telyn! — zdziwił się Cullen, podnosząc się z miejsca. — Co ty tu robisz? Inkwizytorka nie powiedziała… Stwórco, nie stój w przejściu, wejdź.
Zamknęła za sobą drzwi, rozglądając się po gabinecie. Kilka książek leżało rozłożonych w różnych częściach pomieszczenia – z pewnością nie w takich miejscach, w jakich być powinny. Poza tym na biurku komendanta piętrzył się stos papierów i nie wyglądało na to, żeby tego dnia Cullenowi było dane coś zjeść.
— Przyszłam — oznajmiła nieco bezmyślnie. — Czy pan komendant już mnie nie lubi? — zapytała, przechylając głowę.
— Co? Lubię cię, kto ci naopowiadał takich rzeczy? — zmartwił się, zdawszy sobie sprawę, że wróciła do mówienia mu na „pan”. — Inkwizytor Trevelyan uznała, że lepiej będzie, jeśli nie będziemy razem pracować — wytłumaczył.
Telyn nadal stała tuż przy drzwiach, wpatrując się w niego pustym spojrzeniem, jakby nie do końca rozumiała, co się właściwie działo i o czym rozmawiali.
— Mnie powiedziała, że już mnie nie chcesz — powiedziała ciszej.
Coś ścisnęło mu wszystkie wnętrzności i wycisnęło powietrze z płuc. Może i faktycznie powtarzała zaobserwowane u innych zachowania, ale w zaskakujący sposób wiedziała, kiedy oraz jakim powinna się posłużyć.
— Nigdy bym czegoś takiego nie powiedział — zapewnił.
— Nie kłamiesz? — zapytała, nadal się w niego wpatrując.
— Nie śmiałbym, uratowałaś mi życie, kiedy Anders zaatakował — powiedział, przechodząc przed biurko.
Zmarszczyła brwi i opuściła spojrzenie, jakby próbowała wrócić wspomnieniami do tamtych chwil.
— Nie pamiętam tego — powiedziała, jakby było jej to zupełnie obojętne. — Przepraszam. Muszę już iść — oznajmiła, sięgając do szyi, by zdjąć z niej rzemyk, na którym zawiesiła klucz do szuflady. — Oddaję.
Coś ścisnęło mu gardło.
— Czy ty właśnie okłamałaś Minaeve, żeby tu przyjść? — zapytał półszeptem.
— Tak — odpowiedziała bez wahania.
— Ja… — Westchnął, rozmasowując kark. — Nie powinnaś tego robić. Inkwizytorka nie chce, żebyśmy się widywali — wyjaśnił, odbierając z jej dłoni klucz.
Stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w niego tak, jakby była trochę zakłopotana.
— Telyn, co czujesz? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
Nie odpowiadała, bo wiedziała, że nie może odpowiedzieć mu tego, co chciałby usłyszeć, a okłamać go nie potrafiła.
Cullen wydał z siebie dziwny dźwięk, jakby próbował zdusić szloch.
— Muszę już iść — powtórzyła obojętnie, odwracając się na pięcie.
Został sam, ściskając w ręku rzemień z zawieszonym na nim kluczem do szuflady z lyrium. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wściekły i bezsilny jednocześnie. Co, jeśli faktycznie wszystko sobie ubzdurał?

***

Kasandra zmarszczyła czoło, widząc przychodzącego do niej Cullena. Wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej i szczerze obawiała się, że miał kolejny atak, który coraz bardziej zbliżał go do granicy wytrzymałości. Dlatego bardzo zdziwiła się, kiedy padło pytanie:
— Jak odwrócić proces wyciszenia? — Nie odpowiedziała, wpatrując się w niego w lekkim szoku. — Nie rób ze mnie wariata, Kasandro — poprosił. — Wiem, co widziałem. Wyciszenie da się cofnąć. Oboje o tym wiemy.
— Da się — potwierdziła powoli, przypatrując mu się uważnie. — I wierzę ci, nigdy nie powiedziałam, że nie — dodała, założywszy ręce na piersi. — Nie rozumiem tylko, dlaczego tak bardzo zależy ci… — urwała, zdawszy sobie sprawę ze znaczenia słów, które wypowiedziała. — Darzysz ją niezdrowym uczuciem, powinieneś to urwać, zanim będzie za późno — poradziła mu, mrużąc oczy. — Nawet jeśli uda ci się przywrócić jej duszę Stwórcy, może nie odwzajemnić twoich uczuć. Powinieneś o tym wiedzieć.
— Nie straciłem dla niej głowy — powiedział twardo. — Naprawdę wiem, co znaczy to, że jest wyciszona — mruknął, choć niemal natychmiast przypomniał sobie tę chwilę, w której spojrzenie Telyn było w pełni świadome. — Po prostu jej spojrzenie, kiedy była przez moment świadoma…
Pokręcił głową.
Pamiętała wszystko, co razem robili, kiedy była wyciszoną. Pamiętała, jak się nim opiekowała. Powiedziała przecież, że da radę. I choć wszystkim dookoła wmawiał, że rozumiał, z czym wiązał się jej stan, nie potrafił wyrzucić z myśli uśmiechu, którym go obdarzyła. Za każdym razem, gdy o nim pomyślał, coś niesamowicie zimnego zsuwało mu się w dół przełyku, a w koniuszkach palców czuł dziwne mrowienie.
— Chcę jej pomóc — postanowił, marszcząc brwi. — Kiedy była świadoma, uratowała nam życie, choć to ja niepotrzebnie ją naraziłem. — Posłał Kasandrze półuśmiech.
— Idealizujesz ją w swoich myślach — powiedziała z rezygnacją. — Wiesz, że jeśli ten proces zostanie odwrócony, może być zupełnie inna od twoich wyobrażeń? Może nawet być… niestabilna psychicznie — zakończyła ostrzegawczo.
— Jestem tego świadom — powiedział pewnie, zakładając ręce na piersi. — Nie idealizuję jej, uwierz — mruknął, chociaż cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał mu, że to paskudne kłamstwo.
— Odwrócenie wyciszenia nie będzie łatwe i, bez urazy, nie nadasz się do tego, komendancie — powiedziała w końcu Kasandra, choć nadal uważnie go obserwowała. — Powiedziałabym nawet, że będziesz musiał poprosić o pomoc Solasa.
— Solasa? — zdziwił się.
— Tak, bo to on przyjaźni się z duchami — powiedziała powoli. — Twojej Telyn będzie potrzebny duch wiary, tylko jego… dotyk może odwrócić skutek wyciszenia.
— Przecież to praktycznie niemożliwe — wykrztusił, opuszczając w zawodzie ręce.
Kasandra wzruszyła ramionami.
— Nie mówiłam, że będzie łatwo — odparła.
Była w stu procentach przekonana, że zdeptała wszelkie jego nadzieje na możliwość pomocy Telyn. Jeszcze na chwilę wróciła wzrokiem do pisanego wcześniej raportu. I dobrze, powinien dać sobie spokój z tą elfką. Nie sądziła, że poważny komendant Inkwizycji mógł pozwolić zawrócić sobie w głowie z powodu ładnej buzi, w dodatku wyciszonej. Chociaż z drugiej strony nie dziwiła się temu, że lgnął do niej po tym, jak, może i nieświadomie, okazała mu trochę dobra, tym bardziej po tym, jak przez moment widział ją świadomą.
Wydała z siebie krótkie westchnienie frustracji. Będzie musiała porozmawiać z Solasem.

poniedziałek, 24 października 2016

Wyciszona: III

Tym razem część dłuższa. W następnej będzie się działo, to mogę Wam obiecać. ;)
________________

Kilka kolejnych dni minęło bez większych rewelacji, za co Cullen dziękował Stwórcy. Zdążył przyzwyczaić się do zwykle milczącej elfki kręcącej się gdzieś po jego gabinecie. Nawet jej pusty, przenikliwy wzrok stał się mniej dokuczliwy, a momentami przyłapywał się na tym, że w ogóle mu nie przeszkadzał. Coraz częściej zdarzało mu się, że w podziękowaniu za jej pracę po prostu się do niej uśmiechał. Telyn najprawdopodobniej rozumiała gest, bo szybko nauczyła się prosić o kolejne zadanie lub sama znajdowała sobie kolejne zajęcie, kiwnąwszy uprzednio głową. Poza tym bardzo cenił w niej to, że często pozwalała mu zapomnieć o swojej obecności. Poruszała się naprawdę cicho oraz nie zwracała na siebie uwagi, jeśli nie widziała takiej konieczności.
Mimo wszystko za każdym razem czuł się nieco zaskoczony, kiedy przynosiła mu obiad lub kolację. Tylko w tych chwilach wytchnienia pozwalał sobie na to, by przyglądać się jej nieco dłużej – Telyn i tak nie zwracała na to szczególnej uwagi. Czasem przyłapywał się na tym, że zwracał uwagę na jej wygląd, choć, oczywiście, nie miał na myśli nic złego. Zdarzało się, że czuł smutek przez to, że została brutalnie wyciągnięta ze swego świata. Pewnie, gdyby nie była wyciszona, zaklasyfikowałby to uczucie do czegoś w rodzaju koleżeńskiej troski.
Miała sięgające łopatek, ciemnorude, wiecznie zmierzwione włosy. Komendant zastanawiał się czasem, czy były tak niesforne jak jego własne i Telyn nie potrafiła nad nimi zapanować czy też nigdy specjalnie jej to nie obchodziło. Miała całkiem ładne rysy twarzy, a piegi tylko dodawały jej uroku; gdyby nie była wyciszona, pewnie miałaby w Inkwizycji kilku adoratorów. Jak wszystkie elfy, wydawała się Cullenowi nieco nienaturalnie szczupła, może nawet krucha, ale nigdy nie skarżyła się na fizyczne zmęczenie. O psychicznym, z oczywistych powodów, ciężko było mówić.
Tego dnia czuł się wyjątkowo paskudnie. Cały czas balansował na granicy świadomości, ale starał się nie pozwolić przeszłości, by go nawiedziła. Ostatnim razem uderzył Telyn – nie mógł dopuścić do tego kolejny raz.
— Inkwizytor Trevelyan wróciła i zarządziła naradę — poinformował, szykując się do wyjścia. — Zostawię cię samą, dasz sobie radę? Gdyby coś się działo, wiesz, gdzie mnie szukać.
W odpowiedzi, do czego zdążył się już przyzwyczaić, skinęła głową, a potem podniosła się z miejsca przy biurku, które zwykła zajmować. Uniosła lekko rękę, machając mu na pożegnanie i skłoniła głowę.
— Machasz na pożegnanie? — zdziwił się.
Telyn spojrzała na swoją uniesioną dłoń, przechylając lekko głowę.
— Nie powinnam? — zapytała. — Widziałam, jak machał pan na pożegnanie sierżantowi Rylenowi. Pomyślałam, że tak się robi — wytłumaczyła się spokojnie, opuszczając rękę.
— To mniej oficjalne pożegnanie — wyjaśnił z braku lepszego słowa. — W ten sposób żegnają się osoby, które się znają i lubią — dodał jeszcze, widząc, że Telyn starała się zrozumieć ten tok myślenia.
— Nie bardzo rozumiem — przyznała w końcu. — Znamy się — zaczęła, ale zaraz urwała, zastanawiając się, czy ich relację mogłaby określić lubieniem się.
W końcu nieco skołowana opuściła spojrzenie, a Cullen uśmiechnął się ponuro. Właśnie w takich chwilach bolało go to, że Telyn nie znała uczuć i nie potrafiła rozróżnić tak prostych zachowań.
— Lubi mnie pan? — zapytała nieoczekiwanie. — Minaeve mówi, że lubić kogoś, to chcieć spędzać z nim czas i rozmawiać. I pomagać sobie wzajemnie.
W pewien pokręcony sposób rozumiał jej tok myślenia. Faktycznie spędzali ze sobą dużo czasu, rozmawiali, choć nieczęsto, i pomagali sobie. A przynajmniej ona pomagała jemu.
— Lubię — powiedział spokojnie. — A ty?
Zamilkła na dłużej, wbijając w niego przeszywające spojrzenie.
— Myślę… — zaczęła zaskakująco niepewnie, jakby nie potrafiła ubrać w słowa swoich myśli. — Że gdybym nie była wyciszona, mogłabym pana lubić.
Nie odpowiedział, zamiast tego uniósł dłoń i pomachał do niej. Wtedy sama powtórzyła gest i pożegnała go:
— Do zobaczenia, komendancie.
Wyszedł, uśmiechając się lekko. Jak na wyciszoną szybko uczyła się społecznych zachowań. Żałował tylko, że pewnie sama ich nie rozumiała, a tego typu gesty były odbiciem tego, co udało się jej podpatrzeć u niego.
Odetchnął głęboko, mając nadzieję, że dotlenienie się pomoże mu odegnać chociaż trochę ćmiącego bólu głowy. Ostatnio lepiej się wysypiał, bo dzięki Telyn mógł wygospodarować trochę więcej czasu na sen, ale wczoraj dostał kilka zaległych raportów już po tym, jak odesłał elfkę i zasiedział się do późna. Niewyspanie, jak przypuszczał, szybko przełożyło się na to, jak się czuł.
— Dzień dobry — przywitał się, zdając sobie sprawę, że z rozpoczęciem narady czekano już tylko na niego. — Jak wyprawa na Sztormowe Wybrzeże? — zapytał pogodnie, ale zaraz spochmurniał, widząc ponury wyraz twarzy Evelyn.
Bez słowa podała mu raport, którego wcześniej mu nie dostarczono. Przebiegał wzrokiem po kolejnych linijkach tekstu, nie wierząc w to, co właśnie czytał.
— Jak to: nikt nie przeżył? — przeczytał i spojrzał wściekle na Inkwizytorkę. — Poświęciłaś cały oddział dla otwarcia jakieś głupiej skrzyni? — warknął, rzucając plik kartek na stół.
— Chodziło o Szarych Strażników — żachnęła się, zakładając ręce na piersi.
— Mogłaś się wycofać, poprosić o wsparcie! — wypomniał jej, kompletnie nie rozumiejąc jej decyzji.
— Wiesz przecież, jak ważne są…
— Nie za wszelką cenę — wtrąciła się Leliana. — Komendant Rutherford ma rację, wasza czcigodność. — Posyłanie całego oddziału na rzeź z powodu starej skrzyni nie było mądrym posunięciem.

Po naradzie był wściekły. Do samego jej końca starał się milczeć, jeśli pozwalała na to sytuacja, bo w innym wypadku pewnie powiedziałby Evelyn kilka ostrych słów. W dodatku ból głowy nasilił się znacznie i prosił Stwórcę o to, by czym prędzej mógł zaszyć się w swoim gabinecie.
— Możemy porozmawiać? — poprosiła Inkwizytor Trevelyan, kiedy narada wreszcie dobiegła końca.
— O tym, jak nie szanujesz życia naszych żołnierzy? — żachnął się. —  To nie mięso armatnie!
Evelyn skuliła się w sobie, obejmując się ramionami.
— Chciałam zapytać o to, jak radzisz sobie z Telyn — mruknęła.
Cullen przewrócił oczami na tę nagłą zmianę tematu.
— Dobrze — odparł lakonicznie.
— To… dobrze — dodała, wzdychając ciężko. — Nie chcesz zrezygnować z jej pomocy? Kiedy ci ją zaproponowałam, nie wyglądałeś na zadowolonego.
Zmarszczył brwi, myśląc o czekającej na niego asystentce.
— Jest pomocna, łatwiej mi z nią pracować — przyznał już bez zawstydzenia. — Poza tym jest bardzo cicha i nie narzuca się niepotrzebnie.
Właściwie pomyślał o tym, że Telyn była jak dobry żołnierz. Wykonywała rozkazy bez niepotrzebnego kwestionowania.
— Czyli nie chcesz zrezygnować z jej pomocy? — upewniła się.
— Nie, na razie nie — odparł. — Poinformuję cię, jeśli coś się zmieni.
— Cullen… — zaczęła, kiedy już szykował się do odwrotu, uznając temat za wyczerpany. — Długo będziesz się gniewał? — zapytała półszeptem.
W odpowiedzi parsknął i pokręcił z niedowierzeniem głową.
— Ludzkie życie nie jest czymś, o czym możesz bez konsekwencji decydować, Evelyn — powiedział poirytowany. — Może i naznaczyła cię Andrasta, ale to nie daje ci prawa do stawiania się w roli Stwórcy.

***

Telyn nadal siedziała na swoim miejscu, zajmując się czytaniem korespondencji, kiedy wrócił. Wpatrywała się w niego bez słowa, kiedy zasiadł za biurkiem. Nie odzywała się nawet, gdy Cullen oparł łokcie o biurko i, zamiast zabrać się do pracy, ukrył twarz w dłoniach. Bezmyślnie sama przerwała pracę, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony komendanta, ale ta długo nie nadchodziła.
— Wszystko w porządku? — zapytała w końcu.
— Tak — odparł natychmiast dziwnym głosem. — Nie — poprawił się, podnosząc na nią wzrok.
— Nie rozumiem — powiedziała, wyprostowując się na krześle.
— Nie oczekuję, że zrozumiesz… — mruknął, opadając na oparcie krzesła.
— Źle się pan czuje? — zapytała jeszcze.
Cullen zaśmiał się nieco histerycznie. Czasami naprawdę nienawidził tego, że była wyciszona. Wiedział, jak bardzo starała się mu pomóc, jak bardzo chciała go zrozumieć, ale choćby wspięła się na wyżyny swojego schematycznego, logicznego myślenia, nie mogła.
— Nawet nie wiesz jak bardzo — wyszeptał, pocierając twarz. — Wiesz, po czym poznać złego dowódcę? — zapytał. — Ja wiem, bo sam nim byłem — oznajmił, nie wiedząc, dlaczego tak właściwie się jej zwierzał. — Byłem templariuszem służącym w kręgu maginów. Miałem ich pilnować, chronić przed nimi samymi — wyrzucił z obrzydzeniem. — Zamiast tego wyżywałem się na nich za to, jak potraktowano mnie dawniej. Evelyn się nie wyżywa — mruknął zrezygnowany. — Robi coś znacznie gorszego. — Pokręcił głową i spojrzał na Telyn, która nadal siedziała na krześle, w skupieniu rejestrując każde jego słowo. — Szafuje ludzkim życiem tam, gdzie nie jest to potrzebne. Wymordowali przez nią cały oddział.
Pokręcił głową, milknąc na chwilę. Ból stawał się nie do zniesienia, dlatego przekręcił klucz w szufladzie, w której schował lyrium, a potem podał go Telyn. Bez pytania wyciągnęła dłoń, odbierając od niego przedmiot.
— Zabierz to. I odejdź. Chcę być sam — powiedział, podnosząc się, a elfka poszła jego śladem.
— Nic panu nie będzie? — zapytała, ściskając klucz do szuflady.
— Nie — mruknął, czekając, aż odejdzie.
— Czy mam wrócić później?
— Wróć jutro. Masz wolne do końca dnia — powiedział cicho, starając się opanować drżenie dłoni.
Telyn przeszła do wieży, na parterze której mieszkał Solas, niemal bezgłośnie, wpatrując się w klucz, który dał jej Cullen. Co powinna z nim zrobić? Chciał, żeby go zabrała? Chyba powinna zwrócić go kolejnego dnia. Skoro nie chciał mieć dostępu do szuflady, może źle się poczuł? Ale dlaczego w takim razie ją odesłał? Przecież powinna mu pomagać.
— Minaeve? — zapytała, spostrzegłszy elfkę stojącą przy jednym z dużych stołów.
— Tak? Komendant cię przysłał?
— Nie — odpowiedziała spokojnie, zaciskając palce na kluczu. — Chciałam o coś zapytać — wyjaśniła spokojnie, wpatrując się w Minaeve bez wyrazu.
— Słucham więc, co takiego chciałabyś wiedzieć? — elfka zaprosiła ją gestem, by podeszła bliżej.

***

Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, czy postępowała słusznie. Może powinna zapytać Minaeve, czy powinna to zrobić? Właściwie niewiele wiedziała o takich sprawach, a wspomnienia z klanu wydawały się nieco mgliste. Wprawdzie otrzymała odpowiedź na swoje pytanie i przynajmniej w teorii wiedziała, co powinna zrobić, ale nie miała pojęcia, czy dobrze zrozumiała jej wskazówki.
Zapukała do drzwi. Odpowiedziała jej cisza. Nieco bezmyślnie zdecydowała się jednak na to, by wejść do środka. Zgodnie z zaleceniami Inkwizytor Trevelyan powinna zająć się komendantem najlepiej, jak umiała, a to mogło oznaczać niesubordynację. Tak, jak się spodziewała, zastała go kulącego się na podłodze, ale wyglądało na to, że nie stracił świadomości, bo spojrzał na nią gniewnie i natychmiast spróbował unieść się na łokciach.
— Kazałem ci odejść — wychrypiał z bólem, ale Telyn zupełnie go zignorowała.
Podeszła do niego spokojnie, nadal się nie odzywając. Kiedy z trudem uniósł się do siadu, sama usiadła przy nim. Obserwował ją, mrugając szybko. Zaczerwienione oczy piekły mocno, ale starał się utrzymać je otwarte. Przez moment miał wrażenie, że umysł płatał mu figle i Telyn wcale przy nim nie było. Ku jego zaskoczeniu wyciągnęła do niego ręce. Zanim zdążył zareagować, objęła go mocno, przyciągając do siebie jego głowę.
Jej ręce ułożyły się najpierw nieco niezdarnie, ale po chwili obejmowała go zdecydowanie pewniej. Czując ciepło ciała Telyn, niemal instynktownie sam się w nią wtulił, pozwalając na to, by położyła dłoń na jego głowie, przeczesując lekko wilgotne od potu włosy. Wkrótce oparła usta o jego głowę i odetchnęła nieco swobodniej.
Cullen poczuł, jak szloch ścisnął mu gardło. Nie zapanował nad łzami, które po chwili popłynęły po policzkach.
— Chcę pomóc — powiedziała, ściszając głos, gdy przypominała sobie rady Minaeve.
Nie rozumiała, dlaczego w takich chwilach należało mówić ciszej, ale przecież mogła to zrobić.
W odpowiedzi wtulił się w nią mocniej, wydając z siebie krótki, pełen bólu jęk. Nawet jeśli chciał, nie był w stanie nic do niej powiedzieć. Wsłuchiwał się w jej miarowy oddech i spokojne bicie serca. Była wyciszoną, a jednak okazała mu tyle… dobroci, żeby nie powiedzieć: serca. Pomagała mu przy pracy, wysłuchiwała go, kiedy tylko tego zechciał, kryła go nawet przed samą Inkwizytorką. A teraz poszła pewnie zapytać kogoś, co powinna zrobić, by go pocieszyć.
Nie potrafił wierzyć w to, że wyciszeni niczego nie czuli. Nie tak do końca. Gdyby faktycznie nic jej nie obchodził, nie byłoby jej przy nim. Prawda?
— To boli — wykrztusił, kiedy uspokoił oddech. — Nie dam rady, nie mogę już dłużej.
Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć. Minaeve nie przekazała jej aż tak szczegółowych informacji. Ale czuła, że powinna coś powiedzieć. Tylko co?
— To minie — zapewniła, nie wiedząc nawet, czy mówiła prawdę.
W końcu Minaeve powiedziała jej, że ludzie czasem pocieszają się w ten sposób. Potrzebowali, by w coś wierzyć. Mogła mówić mu takie rzeczy, nawet jeśli sama nie do końca była ich pewna.
Ukrył twarz w jej szacie, zalewając się kolejnymi łzami. Na miłość Stwórcy, ze wszystkich istot żyjących w całym Thedas została przy nim akurat ona. A on nawet nie potrafił się odwdzięczyć.

***

Obudził się, ku swojemu zaskoczeniu, na leżance. Choć pamiętał, że ostatnim razem znajdował się na podłodze. Uniósł się czym prędzej, chcąc sprawdzić, gdzie była Telyn. Jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że siedziała przy jego biurku, notując coś spokojnie.
— Dzień dobry, komendancie — powitała go, ani na chwilę nie odrywając wzroku od kartki. — Przygotowałam dla pana misę z wodą i przyniosłam śniadanie.
— Śniadanie? — wychrypiał, ale zaraz odchrząknął.
Elfka podniosła na niego spojrzenie pustych oczu.
— Siedziałaś tu ze mną całą noc? — zapytał nieco bardziej zdenerwowanym tonem, niż zamierzał. — Zwariowałaś?
— Poszłam do siebie, gdy zgodził się pan położyć — odpowiedziała spokojnie. — Wróciłam rankiem — poinformowała, widząc, że zmarszczył czoło. — Proponuję, żeby się pan odświeżył i zjadł śniadanie, ponieważ Inkwizytor Trevelyan prosi o pilne spotkanie w sprawie apostaty z Kirkwall. Powiedziała, że będzie pan wiedział, o kogo chodzi — oznajmiła, wracając do notowania. — Przybył z nim Sebastian Vael.
— Anders… — wydusił zaskoczony.
— Nie przekazano mi informacji odnośnie imienia apostaty — powiedziała, odkładając zapisaną kartkę na bok.
Wrócił do niej, kiedy się umył i przebrał. Śniadanie jadł, siedząc na leżance, do której całkiem zdążył się przyzwyczaić. Gdyby nie pomoc Telyn, pewnie nigdy by jej nie odkrył. Przyglądał się elfce, szybko zdając sobie sprawę, że przepisywała za niego raport, którego kopię powinny otrzymać Inkwizytorka, Leliana oraz Josephine.
— Chodź — kazał jej. — Możesz być potrzebna.
Bez słowa dokończyła ostatnie zdanie, skinęła głową, a potem posłusznie podążyła jego śladem. Nie przeszli daleko, bo Evelyn przebywała właśnie w sali tronowej, siedząc przy stole z Varrikiem, który opowiadał jej o Andersie.
— Anders jest niebezpieczny — mruknął krasnolud, marszcząc brwi. — Może wyrządzić wiele szkód nawet wtedy, gdy jest zakuty. Proponuję nie zbliżać się, jeśli nie będzie takiej potrzeby. I tym bardziej nie posyłać Loczka — dodał, widząc zbliżającego się komendanta. — Anders ma uczulenie na templariuszy.
— Byłych też? — podchwycił Cullen, przewracając oczami.
— Witamy, komendancie, Telyn — przywitała przybyłych Evelyn, a potem zwróciła się do Varrika: — Ty odmówiłeś przesłuchania Andersa, rozumiem, że kiedyś się przyjaźniliście — powiedziała bez przekonania. — Dlatego pomyślałam o Cullenie. Z twoich opowieści wynika, że go znał.
— Ledwie — wtrącił się komendant. — Pałętał się tam, gdzie Hawke i zwykle oznaczało to kłopoty — mruknął, uśmiechając się krzywo. — Wygląda na to, że niewiele się zmieniło.
— Ostatnim razem wysadził całą świątynię w powietrze. Co złego może stać się tym razem? — parsknął Varrik.
— Na stałe znajduje się przy nim dwóch templariuszy, którzy są gotowi odciąć jego dopływ mocy w każdej chwili. Sytuacja jest pod kontrolą — zapewniła Inkwizytorka. — Widzę, że nie ruszasz się nigdzie bez swojej asystentki — dodała, wskazując na milczącą dotychczas Telyn.
— Pomyślałem, że może się przydać — mruknął, spoglądając na elfkę niepewnie.
Telyn posłała mu nieobecne spojrzenie, przechylając głowę. Zimny dreszcz przeszedł wzdłuż jego pleców na wspomnienie poprzedniego wieczoru. Jej zachowanie nie było normalne. Żaden wyciszony nie reagowałby w ten sposób.
— Faktycznie, jeśli masz go przesłuchać, Telyn może notować, prawda? — zwróciła się do niej Evelyn.
— Tak, wasza czcigodność — zgodziła się tylko.
— Będziesz mógł bardziej skupić się na więźniu. — Uśmiechnęła się do niego.
— Potrzebujemy jakichś konkretnych informacji? — zapytał, unosząc lekko brwi.
— Mam go osądzić, więc dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego popełnił tak haniebny czyn i czy szczerze tego żałuje — poinformowała, a Varrik parsknął głośno. — Coś nie tak?
— Stawiam cały dochód z mojej najnowszej książki, że żałować może jedynie tego, że wymordował tam za mało templariuszy — mruknął bardziej do siebie. — Życzę powodzenia, mnie w to nie mieszajcie — oznajmił głośniej, unosząc ręce w poddańczym geście. — Najlepiej w ogóle nie mówcie mu, że tu jestem.
Evelyn przez chwilę obserwowała plecy odchodzącego krasnoluda, a potem zwróciła się do Cullena, patrząc na niego ze zmartwieniem:
— Wchodzę rano do twojego gabinetu i zastaję cię leżącego na niezbyt wygodnej leżance, podczas gdy twoja asystentka siedzi za twoim biurkiem — powiedziała, marszcząc brwi. — Powiesz mi, co się stało?
— Pracowaliśmy do późna, przysnąłem — odparł spokojnie. — Prawda, Telyn? — Spojrzał na nią wyczekująco, a Evelyn podążyła za jego wzrokiem.
Elfka w odpowiedzi kiwnęła tylko głową, zgadzając się ze słowami komendanta i wpatrując się w niego intensywnie. Zastanawiał się, jak to możliwe, że kłamstwo przychodziło jej z taką łatwością. Większość wyciszonych od razu powiedziałaby prawdę.
— To nic, czym mogłabyś się martwić, wasza czcigodność — zapewnił ją.
Inkwizytorka złapała jednak jego rękę, ujmując ją obiema dłońmi.
— Evelyn wystarczy — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Pamiętaj, że zawsze możesz przyjść i porozmawiać.
— Wiem — potwierdził, czując się nieco nieswojo, kiedy tak otwarcie okazywała mu uczucia, o które wcale jej nie prosił. — Dziękuję… Evelyn, ale radzim… — odchrząknął. — Radzę sobie.
W końcu miał Telyn, która była przy nim w tych najgorszych chwilach. Jej spokojny oddech i równe bicie serca uspokajały go w dziwny sposób, przypominając, że sam powinien w ten sposób oddychać. Poza tym wczoraj, kiedy nie widział jej pustych oczu, miał wrażenie, że obejmowała go zwykła osoba. Na moment zapomniał, że Telyn była wyciszoną.
— Chodź, Telyn — powiedział do elfki. — Słyszałaś, przydasz się, będziesz notować.
— Oczywiście, panie komendancie — zgodziła się natychmiast.
Posłusznie podążyła za Cullenem, wpatrując się w jego plecy. Kiedy tylko wyszli na zewnątrz, zrównała się z nim krokiem, ściskając przy piersi podkładkę z pergaminem, kałamarz i pióro.
— Znowu skłamałaś — wytknął jej, gdy oddalili się na tyle, by nikt ich nie usłyszał.
Telyn nie skomentowała tej uwagi.
— Wiesz, że mogłabyś powiedzieć prawdę? — mruknął jeszcze po chwili.
— Wiem — odparła bez emocji.
— Dlaczego mnie nie wydasz?
Posłała mu jedno z tych intensywnych, przeszywających na wylot spojrzeń. Prawie spłonął rumieńcem, gdy zdał sobie sprawę, że świadomie ją do nich prowokował.
— A chciałby pan tego? — zapytała, przechylając głowę.
Nie miał pojęcia, skąd się tego nauczyła, ale to również zdążył zauważyć. Zawsze, gdy pytała go o coś związanego bezpośrednio z jego uczuciami, nieznacznie pochylała głowę na bok.
— Nie, tak jest dobrze — powiedział, posyłając jej lekki uśmiech. — Zejdziemy teraz do cel. Słyszałaś Varrika, Anders może być niebezpieczny, więc się do niego nie zbliżaj — poinstruował ją na wszelki wypadek. — Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
— Oczywiście, komendancie.
Kolejna rzecz, którą zauważył: kiedy byli sami, rzadziej w rozmowie z nim dodawała „pan”. Co innego, kiedy sytuacja była bardziej oficjalna.
— Możesz mi mówić po imieniu — zaproponował. — W końcu ustaliliśmy, że się lubimy, prawda? — posłał jej kolejny uśmiech.
W odpowiedzi ponownie na niego spojrzała, zgadzając się skinięciem głowy.